niedziela, 14 lipca 2019

Rozdział 3

     Kristian był naburmuszony cały czas. Odpowiadał mi burknięciami, ciągle był zły i zirytowany. Rozumiałem, że miał swoją elficką dumę, ale zapominał też o swojej człowieczej cząstce. Nasze ubrania w końcu wyschły. Założyłem koszulę, a potem narzuciłem na ramiona płaszcz. Spojrzałem przez płomienie na jego zgarbioną sylwetkę. Ciągle dorzucał suche patyki do ogniska.
      — Zamierzasz wrócić do wioski? — spytałem.
      — Nie. A ty? — odparł bez chwili zawahania. Zaskoczyło mnie to pytanie. Dlaczego miałbym chcieć tam wrócić? Tym bardziej sam? Usłyszałem jego ciche westchnienie. — Z pewnością szybko znajdziesz dla siebie kobietę. Elfki lubią obcych — oznajmił.
       — Nie zamierzam się z nikim wiązać — odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Uniósł wzrok pierwszy raz od dłuższej chwili.
      — Dlaczego?
      — Jestem tylko włóczęgą. Nie jestem w stanie nic nikomu dać. No i... Nie tęsknie za bliskością kobiety — powiedziałem, zaczesując do tyłu przydługie kosmyki. Taka była prawda. Miałbym kogoś kochać? Kobietę? Kobietę, która wyczekiwałaby na mój powrót? Która opiekowałaby się dziećmi? Byłbym zbyt samolubny, gdybym myślał o założeniu rodziny. — Nie mam nic. Tylko siebie — dodałem.
      — To wystarczające — powiedział cicho Kristian. Uśmiechnąłem się szeroko.
      — Nie potrzebuję żony. Ale możesz zostać moim partnerem — zauważyłem.
      — Co?
      — Skoro i tak nie zamierzasz wrócić do wioski, wyrusz ze mną. Jesteśmy tacy sami. Kobiety stronią od ciebie, a ja stronię od kobiet.
      — To wcale tak nie działa — odburknął, kuląc ramiona. — Kretyn.
      — Możesz mnie tak nazywać, partnerze — zapewniłem rozbawiony. Kristian nie był zwykłym elfem. Był pół elfem, pół człowiekiem! Nie czuł zatem przynależności, tak samo jak ja. Na dodatek był inteligenty. Wiedziałem, że jestem w stanie z nim przetrwać na nieznanych terenach. Bez jego pomocy, nie dotrę do skarbu. Czułem, że jestem już blisko.

     Kristian znów dostał ataku. Sam nie wiedziałem jak to nazwać. Tak nagle zatrzymywał się, łapał za pierś i posyłał mi to piorunujące spojrzenie, wrzeszcząc na mnie, bym nie ważył się go dotknąć. Teraz było tak samo. Znów kazał mi czekać i sobie poszedł. Tyle, że nie wracał od dłuższej chwili. To nigdy nie zajmowało mu tyle czasu. Przekląłem, ruszając w kierunku, w którym się udał. Co jeśli padł? Zemdlał? Dotknąłem kieszeni płaszcza. Miałem tam schowaną butelkę z leczniczą wodą. Jeśli będzie trzeba, użyję jej.
     — Krist... — urwałem. Klęczał na ziemi. Widziałem tylko jak zapina koszulę. Odwrócił się przez ramię, a wtedy w jego spojrzeniu pojawiły się płomienie.
     — Miałeś zostać! — rzucił gniewnie. Uniosłem ręce w obronnym geście, całkowicie zdezorientowany jego nagłym atakiem.
      — Nie wracałeś. Chciałem się upewnić czy wszystko gra — zauważyłem. Minął mnie, trącając ramieniem.
       — Tak, chodźmy — odburknął. Wywróciłem oczami.
      — Gdybym ja tak długo nie wracał, zrobiłbyś to samo — zauważyłem.
      — Gdybyś kazał mi czekać, czekałbym. Bez względu na to ile czasu by ci to zajęło, nie ruszyłbym się z miejsca. Więc ty też siedź na tyłku i czekaj następnym razem! — rzucił gniewnie. Chwyciłem go za ramię, zatrzymując.
      — Chwila — poleciłem. — Co ma znaczyć następny raz? Co to za choroba, o której nie chcesz mi powiedzieć?
      — To nie jest choroba... — odparł, wyszarpując się z mojego uścisku.
      — Nie rozumiem... Woda powinna ci pomóc... Tak jak pomogła mnie — zauważyłem zdezorientowany. Kristian westchnął głośno. Usiadł na sporym głazie, spuszczając wzrok. Stanąłem przed nim, czekając na wyjaśnienia.
      — To... Blizny — powiedział w końcu.
      — Blizny? Zostałeś ranny? Woda powinna ci pomóc...
       — Ty.. Ty nie rozumiesz! Mam je od urodzenia, ja... Woda leczy. Jeśli rodzisz się bez nogi, wejście do niej, nie sprawi, że ci urośnie. Rozumiesz? Nie przywróci ślepemu wzroku. Leczy tylko z zadanych ran i chorób... Nie uleczy mnie z przeszłości — westchnął ciężko. Nie wiedziałem, że musi nosić takie brzemię. Blizny... To dlatego nie chciał pokazywać swojego ciała. Czuł odrazę? Do siebie? Elfy były pięknymi istotami. Nie miałem żadnych wątpliwości, że Kristian właśnie taki jest. Piękny. Nawet jego skazy tego nie zmieniały.
      — Przepraszam — powiedziałem. Podniósł się, otrzepując spodnie.
      — Ruszajmy. Jak daleko znajduje się ten twój skarb? — spytał, po czym ruszył przodem.

     Poszczęściło nam się. Las w końcu zaczął ustępować, no i ujrzeliśmy w oddali gospodę. Byłem wyczerpany ciągłą podróżą i spaniem na gołej ziemi. Co prawda Kristan zawsze rozpalał ognisko, więc nie było nam zimno. Łapał też króliki, które potem piekliśmy i jedliśmy, ale to nie było to samo co łóżko w gospodzie. No i tęskniłem za smakiem piwa.
      — Dlaczego tak nagle przyspieszyłeś? Przecież nie masz pieniędzy — zauważył, wlokąc się za mną. Żartował sobie? Zerknąłem przez ramię, posyłając mu szeroki uśmiech.
      — Ale ty masz pieniądze — powiedziałem. Wywrócił oczami.
      — To ty mnie potrzebujesz, ja ciebie wcale — wymamrotał. Zgarnąłem go w objęcie, więżąc jego szyję swoim ramieniem. Szarpnął się z jękiem irytacji. — Puszczaj!
      — No dalej, Kris! Noc w gospodzie dobrze nam zrobi — zauważyłem. Westchnął głośno, przestając się szarpać.
      — Niech ci będzie.
      Puściłem go, a wtedy odwrócił się, krzyżując ramiona na piersi. To było jego słynne obrażanie się, ale zdążyłem do tego przywyknąć. Nogi same niosły mnie w stronę karczmy. Już nawet czułem zapach jedzenia. Nie rozumiałem niechęci Kristiana. Był uprzedzony do wszystkich bez wyjątku. Do kobiet, mężczyzn, ludzi, elfów, do każdego! Nawet do samego siebie. Właśnie dlatego potrzebował mnie.
      Od razu zapłaciłem pieniędzmi Kristiana, by ten nie zdążył się rozmyślić. Usiedliśmy przy samotnym stoliku w rogu izby. Zerknąłem na przyjaciela, który najchętniej wcisnąłby się cały w ścianę. Czyż nie było tutaj cudownie? Zapomniałem nawet co to za uczucie, siedzieć wśród ludzi.
    Młoda dziewczyna zakręciła się przy stolikach z tacą, niosąc nam dwa kufle piwa. Była całkiem urocza. Nosiła prostą sukienkę z fartuchem. Uśmiechnęła się do nas. Odwzajemniłem to.
     — Pij. Może wtedy poczujesz się lepiej i przestaniesz marudzić — oznajmiłem, podsuwając w jego stronę kufel. Chwycił go, po czym wypił prawie wszystko na raz, pozostawiając nad wargą piwne wąsy. Prędko otarł je rękawem. — Kto by pomyślał, że tak drobny elf, a jest w stanie tyle wypić — zaśmiałem się, trącając jego ramię.
      Rozkoszowałem się smakiem piwa, kiedy nagle mój spokój został zakłócony nagłym hałasem. Kristian podniósł się gwałtownie. Obejrzałem się za siebie. Urocza kelnerka stała przy kącie, skulona i wystraszona. Otaczali ją pijani mężczyźni.
     — Kris, uspokój się... Nic się nie dzieje, jesteśmy w gospodzie...
     W jego spojrzeniu buchał ogień. Mógł nie cierpieć elfek, ale jedno było pewne. Nienawidził, gdy ktoś krzywdził kobietę. Może to też było częściej elfickiej dumy? A może właśnie cząstką człowieczeństwa?
     Usłyszałem nagle odgłos uderzenia. Przestraszona dziewczyna wydała z siebie jęk. Tacka upadła jej na ziemię. Została przyciśnięta do jednego ze stołów. Mój mózg nawet nie zdążył tego wszystkiego zarejestrować. W chwili kiedy jeden z mężczyzn unosił jej sukienkę, zorientowałem się, że Kristian zniknął. Podniosłem się prędko, by go zatrzymać, ale on przemknął jak cień. Jego palce zaciskały się mocno na nożu. Wiedziałem jak to się skończy. Odciętym przyrodzeniem. To tylko sprowadziłoby na nas kłopoty. Ruszyłem za nim bez wahania, łapiąc jego nadgarstek i szarpnięciem ukrywając za swoimi plecami. Zdezorientowany posłał mi gniewne spojrzenie, ale ja to zignorowałem. Sam wymierzyłem mężczyźnie porządny cios, aż zatoczył się i padł nieprzytomny na ziemię.
     Rozdygotana dziewczyna prędko podniosła się ze stołu, po czym zniknęła za drzwiami do kuchni. Zacisnąłem pięść, patrząc w stronę stojącej grupki mężczyzn. Cofnęli się wystraszeni. Nie musiałem nic mówić. Zgarnęli swojego kompana i uciekli z gospody.
      — Dlaczego mnie powstrzymałeś?! — syknął zezłoszczony Kristian, podchodząc do mnie i wbijając nóż w blat stołu. Był na mnie zły i to rozumiałem. Nie mogliśmy sobie pozwalać na impulsywne działanie. Nawet w czyjejś obronie.
      — Rozumiem twoje wzburzenie.
     — Nie ty nic nie rozumiesz! — rzucił gniewnie, odpychając od siebie moją dłoń. — Powinieneś mi pozwolić. Tacy zasługują tylko na jedno — powiedział. Westchnąłem cicho.
      — Dziewczynie nic nie jest. Jest bezpieczna — zauważyłem, chcąc go jakoś uspokoić.
      — To go nie powstrzyma! Znajdzie sobie drugą ofiarę, przez ciebie. Mogłem pozbawić go przyrodzenia. Wtedy nauczyłby się trzymać łapy przy sobie.
      — Obaj jesteśmy zmęczeni. Chodź.
      Zaskoczyło mnie to, że pozwolił mi siebie dotknąć. Dał za wygraną, pierwszy raz od... Odkąd pamiętam. Spuścił głowę, po czym potaknął.

      Odkąd weszliśmy do przydzielonego nam pokoju w gospodzie, Kristian nie odezwał się do mnie ani słowem. Położył się na łóżku, tyłem do mnie i nawet nie drgnął od tamtego momentu. Westchnąłem cicho. Gniewał się? Moje usta otwierały się już setki razy, ale nie byłem w stanie nic z siebie wydusić. Postanowiłem jednak zaryzykować.
        — Ja też... Też byłem wściekły. Szanuję kobiety i rozumiem ciebie... Mogłeś sprowadzić na siebie kłopoty, zrozum to w końcu — westchnąłem.
        — Zamknij się, chcę spać — mruknął.
        — Jasne.
      Położyłem się na swoim posłaniu, podkładając sobie ręce pod głowę. Ciężko było dogadać się z tak upartym elfem. Miałem nadzieję, że jutro o wszystkim zapomni. Tylko tego brakowało, by marudził cały czas.
      — Dobranoc — powiedziałem. Nie odpowiedział.

       Opuściliśmy gospodę z samego rana. Tak jak podejrzewałem, Kristian był wyciszony. Na jego twarzy nie było grymasu gniewu, ani znudzenia. W jego oczach widziałem pustkę, co zaczęło mnie martwić. Pomyślałem o bliznach. Może znów doskwierał mu ból? Wiedziałem, że pytanie go o to mogło go rozzłościć, więc postanowiłem tylko go obserwować.
     — Według moich obliczeń, dotrzemy na miejsce przed zmierzchem — oznajmiłem. Kristian rozejrzał się wokół.
     — Nigdy nie byłem tak daleko za wioską — przyznał. Były to jego pierwsze słowa tego ranka. Uśmiechnąłem się. Wszystko wracało do normy. — Czego tak właściwie szukamy? Co to za skarb? — spytał.
      — Kilka lat temu... Znalazłem to — wyznałem, sięgając do kieszeni płaszcza. Wyciągnąłem z niego błękitny kamień. Oczy Kristiana otworzyły się szeroko. Wyglądał na zaintrygowanego. — Doprowadzi nas do reszty skarbu. Czuję, że jest blisko — dodałem. Potaknął. To aż zadziwiające, że był taki spokojny.
     Spokojny nie było odpowiednim słowem. Raczej wyciszony. To już zaczęło być niepokojące.
     — Kristian! Stój! — krzyknąłem nagle, widząc jak idzie bezmyślnie przed siebie. To nie było do niego w ogóle podobne! Nawet ja byłem w stanie dostrzec pułapkę! Ktoś musiał być tu przed nami? A może droga do skarbu właśnie tak wyglądała? Dlatego nikt nie mógł go zdobyć?
      Chwyciłem Kristiana za rękę, czując jak zapada się pod ziemię. Grunt usunął się spod jego stóp. Jęknął, uderzając bokiem o ścianę ziemi. Stęknąłem z wysiłku, nie pozwalając mu się zsunąć. Dół wyłożony był ostrymi belkami. Gdybym go nie złapał z pewnością nabiłby się na jedną z nich. Uklęknąłem, łapiąc go oburącz. Wyciągnąłem go z dołu. Było blisko!
     — Całe szczęście. Już myślałem, że...
     Kristian uniósł rękę. Zdezorientowany odkryłem, że na jego dłoni jest krew. Musiał skaleczyć się o wystającą belkę. Przysunął dłoń do ust. Po chwili zadrżał.
      — Jad...
      — Co?!
      — Ostre końce zostały pokryte jadem — oznajmił. Dostał wypieków. Tak nagle pojawiły się na jego policzkach, a potem i na szyi. Podejrzewałem, że plamy rozprzestrzeniły się po całym jego ciele.
      — To ten sam jad, prawda?
     — Nie... Ten jest... Znacznie... — zakrył usta dłonią, cicho się dławiąc. Z przerażeniem patrzyłem jak spomiędzy jego palców wypływa krew.
     — Nie... Kris, nie wygłupiaj się... Potrzebuję cię... — powiedziałem. Jego powieki zatrzepotały. Poczułem jak jego głowa uderza w moje ramiona. Nie mógł zginąć! Przytrzymałem go przed sobą, sięgając po butelkę z leczniczą wodą. Musiała pomóc... Nie mogło być za późno! Odkręciłem ją drżącymi rękoma, podsuwając pod jego usta. Rozchyliłem jego wargi, przytrzymując jego brodę. Wsunąłem palec do środka jego ust, by ich nie zamykał. Woda spłynęła po jego brodzie i ubraniu. Musiał się napić! Klęczałem i czekałem, ale nic się nie działo. Mi woda pomogła od razu.
     — Nie... To niemożliwe... Jesteś elfem, nie możesz... Nie możesz tak głupio umrzeć! — jęknąłem, potrząsając nim.
     Kristian cicho zakasłał. Poczułem jak jego palce zaciskają się na mojej twarzy. Odepchnął mnie od siebie, po czym dźwignął się do siadu.
      — Coś ty zrobił...
      — A więc nie mam liczyć nawet na zwykłe dziękuję — westchnąłem. Spojrzał na butelkę w mojej dłoni. Zakręciłem ją, chowając z powrotem do kieszeni płaszcza.
       — Zabrałeś ze sobą wodę?!
       — Powinieneś być mi wdzięczny — zauważyłem.
       — Ja... Jestem... Wdzięczny...
       — Nie ma za co — odparłem z uśmiechem. Podniosłem się, wyciągając w jego stronę dłoń. Chwycił ją, a wtedy pomogłem mu się dźwignąć

      Woda nie tylko powstrzymała jad, ale i przywróciła narzekającego Kristiana. Był jeszcze bardziej irytujący niż zazwyczaj.
      — Wiesz chociaż dokąd idziemy? Nie mamy mapy, ani żadnych wskazówek. Tylko ten twój śmieszny kamień! — jęknął.
      — Moje przeczucie nigdy mnie nie zawodzi — oznajmiłem. Wydał z siebie jęk irytacji. Byliśmy blisko. Nawet bliżej niż nam by się zdawało. Zatrzymałem się, czując jak na mnie wpada. — To tu — zapewniłem.
       — Ale tu nic nie ma — zauważył. To były pozory. Dotknąłem sporego głazu, przesuwając po nim palcami. Zacząłem obrywać go z mchu. — To tylko głupi kamień. Co ty robisz?
       — Kamienie nie są ciepłe. Czujesz? — spytałem, łapiąc jego dłoń i układając ją na głazie. Wzdrygnął się, patrząc na mnie zaskoczony.
       — Spójrz!
       Moja kieszeń! Ona świeciła! Wyciągnąłem niebieski kamień, orientując się, że połyskuje. Zupełnie jak niebieski płomień. Uśmiechnąłem się do siebie. Jak oczy Kristiana. Położyłem kamień na głazie, a wtedy nagły blask oślepił mnie gwałtownie. Zakryłem oczy z cichym jękiem. Rozbłysk trwał tylko chwilę. Kristian wydał z siebie jęk. Usłyszałem dziwny odgłos.
     — Co to...
     Staliśmy naprzeciw siebie, patrząc przez jaśniejący niebieski płomień. Nasze ubrania jak i włosy unosiły się jakby za sprawą niewyczuwalnego wiatru. W wielkich oczach Kristiana widziałem swoje odbicie. Stał skulony, trzymając się za pierś. Jego włosy... Nie obcinał ich przez ostatni czas. Narzekał na mnie i wściekał się, że są za długie. Coś nagle... Coś nagle pękło. Trudno mi było to nazwać. Na ziemię upadł bandaż. Kristian zacisnął powieki. Po jego policzki spłynęła łza.
      — Pękam...
      — Co... O czym mówisz? Chodzi o blizny...?! — spytałem zaskoczony.
      — Ja... Czuję jak pękam na kawałeczki... To uczucie... Nie chcę... — jęknął.
      — K-kri... Kristian! — krzyknąłem. Niebieskie płomienie zajęły jego ciało! Jego ubranie, wszystko! Stanęło w niebieskim ogniu! Kolejne bandaże upadły na ziemie, a niewyczuwalny wiatr wzmógł się.
      — Proszę, zabierz kamień! — jęknął. Zacisnąłem na nim palce i szarpnąłem do siebie, aż odrzuciło mnie do tyłu. Sapnąłem, lądując na trawie. Kristian też padł na kolana. Płomienie zniknęły. W powietrze jednak uniosły się błękitne drobiny, przypominające świetliki. To było magiczne i piękne. Wyciągnąłem przed siebie dłoń, chcąc pochwycić jednego z nich, ale wtedy jęknięcie Kristiana sprowadziło mnie z powrotem na ziemię.
      — Kris! — zawołałem, podbiegając do niego. Uklęknąłem przed nim, dotykając bandaży leżących na ziemi. — Co to... Twoje blizny! Co z nimi... Pokaż... — poleciłem z przerażeniem. Łzy na jego twarzy były jednoznaczne. Złapałem jego ramiona i nim zdążył mnie odepchnąć, chwyciłem jego koszulę, rozciągając ją na jego...
     — Zostaw! — krzyknął. Zakrył się rękoma, ja jednak widziałem. Widziałem wszystko. Siniaki, zadrapania, obtarcia, stare i nowe. Podrażnioną skórę, napuchniętą i czerwoną, miejscami, fioletową.
      Widziałem jego blizny.
      Widziałem piersi, które ściskane były mocno bandażami, by nie było ich widać. To one były tymi bliznami. Bliznami, z którymi się urodził. Na które lecznicza woda nie działała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz