Klęczałem na ziemi, całkowicie oszołomiony. Wciąż nie docierało do mnie to co miało przed chwilą miejsce. Kristian... Spuścił wzrok, kuląc się jeszcze bardziej. Chwycił bandaże, po czym wsunął je pod koszulę. Zaczął się nimi okręcać. Przysnąłem się bliżej, po czym wyciągnąłem nóż zza jego paska. Rozciąłem bandaże na jego piersi.
— Nie! Co ty robisz!
Pierwszy raz usłyszałem jego... Jej głos. Ten dziewczęcy. Zawsze tak brzmiał, jednak teraz... Teraz wydawał się taki inny.
— Nie możesz tego robić. Ranisz się...
— Nie rozumiesz... — prychnęła, zaciskając palce na pociętych opatrunkach. Złapałem jej dłoń, na co się wzdrygnęła. Jej oczy otworzyły się szeroko.
— Dlaczego to robisz? Kłamałaś przez cały ten czas? — spytałem. Pokręciła przecząco głową. Po jej policzkach spłynęły łzy. Pierwszy raz widziałem w nim, ją... Wrażliwą i wystraszoną dziewczynę, nie mężczyznę.
— Nie... Nigdy nie skłamałam... Wszystko co mówiłam było prawdą... — zapewniła łamiącym się głosem. Miałem w to uwierzyć?
— Elfką, którą zhańbiłaś... Której obcięłaś włosy... Miałaś na myśli siebie? — zapytałem. Potaknęła. A więc to był powód, dla którego wszystkie elfickie kobiety patrzyły na nią z pogardą? W ogóle tego nie rozumiałem. — Ale dlaczego... Dlaczego to robisz? Obwiązujesz piersi bandażami... Nazywasz się Kristianem...
— Jestem... Kristiana — wyznała. Przycisnęła do siebie dłonie, wydając z siebie cichy jęk. Byłem w szoku. Teraz jednak rozumiałem jej dziwne napady bólu. Musiała chodzić całe dnie i noce z obwiązanymi piersiami, niemal zmiażdżonymi. Były spore. Teraz to widziałem i byłem zaskoczony, że udawało jej się je tak zakamuflować. Musiała cierpieć. Obtarcia były tylko na to dowodem.
— Dlaczego udajesz mężczyznę? Chcesz się zemścić?
— Nie... Ja... — urwała. Jakim byłem ślepcem, by tego nie zauważyć! Tłumaczyłem sobie jej piękno tym, że jest elfem. Jej drobniejsze ciało nie budziło u mnie żadnych podejrzeń. To dlatego nie zdejmowała koszuli. — Ja nie jestem dłużej kobietą — wyznała. Pokręciłem przecząco głową.
— To bzdura — odparłem, przysuwając się do niej bliżej.
— Ależ to prawda... Urijah... Nie jestem kobietą — jęknęła, a wtedy po jej policzkach spłynęły kolejne porcje łez.
— Mężczyzną też nie — zauważyłem. Spuściła wzrok.
— W takim razie jestem nikim — szepnęła. Przesunęła dłońmi po piersiach z grymasem bólu na twarzy. Otarła prędko policzki.
— Kristiano... — podjąłem. To imię... Wymawiałem je tyle razy, a jednak wcale. To było zupełnie nowe uczucie. — Długość twoich włosów nie sprawia, że przestajesz być kobietą. Strój także...
— Przestałam być kobieta przed tym jak obcięłam włosy, oraz przed tym jak zaczęłam chodzić w męskich ubraniach.
— Chcesz mi o tym opowiedzieć? — spytałem. Pomyślałem, że kiedy to z siebie wydusi, poczuje się lepiej. Ona jednak pokręciła przecząco głową, kuląc się jeszcze bardziej.
— Nie mogę... Nie potrafię — oznajmiła. Potaknąłem ze zrozumieniem. Nie zamierzałem na nią naciskać. Rozumiałem, że to ma głębokie podłoże. Nie mogłem żądać, by mi wszystko zdradziła. Nie chciała tego.
— Rozpalę ognisko. Tym razem ja będę pełnił wartę. Prześpij się, to dobrze ci zrobi — oznajmiłem. Kristian odmówiłby bez wahania i jeszcze rzucił jakimś komentarzem. Jednak Kristiana... Tylko potaknęła, podnosząc się wolno. Jakim byłem głupcem! Dlaczego nie zorientowałem się wcześniej? Westchnąłem cicho, zbierając kawałki drewna.
Kristiana leżała bokiem, skulona, odwrócona do mnie tyłem. Obejmowała mocno swoje ramiona. To wciąż był dla mnie szok, jednak nie naciskałem. Nie czułem się oszukany. Ukrywała przede mną prawdę, tak jak przed innymi, ale nie bez powodu. Skoro nie chciała mi nic o tym mówić, nie zamierzałem wymuszać na niej prawdy.
Podłubałem długim patykiem w ognisku, zerkając przez ramię. Teraz, kiedy nie miała na sobie bandaży... Aż trudno było mi to pojąć. Co takiego się stało, że zmuszała siebie do takiego katowania? Dzień w dzień ściskała swoje piersi, tracąc dech, raniąc się.
Usłyszałem jak Kristiana podnosi się do siadu. Spuściła głowę, wciąż obejmując swoje ramiona. Przysunęła się, siadając obok mnie. Zaskoczyło mnie to mocno. Wyglądała na zmęczoną i myślałem, że będzie spała.
— Urijah — podjęła, nie unosząc wzroku. Poczułem jak szczypie moje ramię. Chwyciła w palce materiał mojego płaszcza. Czuła się niekomfortowo, zdawałem sobie z tego sprawę. Ciągle zaciskała pięść na swojej koszuli na piersi. Zaczesała kosmyk włosów za ucho. Było to naprawdę dziewczęce i lekkie. Mimo jej wyglądu, który na pozór wydawał się męski, potrafiłem dostrzec jej wnętrze.
— Chciałaś porozmawiać? — spytałem. Potaknęła.
— Chciałam tylko przeprosić... — wyznała cicho. Objęła swoje nogi, wpatrując się w ogień. — Jesteśmy partnerami, prawda? Zaufałeś mi... Chcę być szczera i... Nie chcę nieporozumień — dodała. Odetchnęła głęboko, po czym spojrzała mi w oczy. — Nie kłamałam, opowiadając o sobie... Nie powiedziałam po prostu wszystkiego.
— Nie musisz mi się tłumaczyć — zapewniłem.
— Ja... Moja matka naprawdę była elfką, a ojciec człowiekiem... Mieszkałam w wiosce... Wyglądałam jak inne elfki. Miałam długie włosy, chodziłam w sukienkach. Jednak... Wioskę napadnięto. Wszystkie kobiety i dziewczyny, nawet te najmłodsze, one... — urwała. Zacisnęła palce na ustach, pochylając się. Nagłe wspomnienie tamtych chwil musiało przywrócić wszystkie emocje, które wtedy czuła. Odetchnęła głęboko, cofając dłoń. — My... Zostałyśmy zgwałcone — szepnęła.
— Kris... — wydukałem.
— Ja przestałam być po tym kobietą... Nie czułam się nią już nigdy... Ja... Nie mogę mieć dzieci... Straciłam okres już dawno... Obcięłam więc włosy i zaczęłam ubierać się w męskie ubrania. Nigdy nie tęskniłam za starym życiem. Przyzwyczaiłam się, ale... Ty...
— Nienawidzisz mężczyzn? — spytałem, widząc jak się kuli.
— Nienawidziłam... Ale ty jesteś wyjątkiem — powiedziała. Miło było to słyszeć. Uśmiechnąłem się lekko. Naprawdę mi ulżyło. Kristiana była dziewczyną. Zatem dlatego bez problemu była w stanie odciąć mężczyzną przyrodzenia.
— Obiecaj, że nie założysz więcej bandaży na swoje piersi — poleciłem. Zaczerwieniła się.
— Ale...
— Obiecaj. Tylko siebie ranisz w ten sposób. Nie warto tak cierpieć. Jesteś przy mnie. Już i tak o wszystkim wiem. No i ochronię ciebie... A z resztą, sama jesteś w stanie siebie ochronić — zauważyłem. Wszystko jedno czy była mężczyzną, czy kobietą. Nie potrzebowała mojej pomocy. Była zaradna i silna. Zdążyłem się już o tym przekonać.
— Mam... Udawać kobietę? — spytała.
— Nie udajesz jej, bo nią jesteś — powiedziałem. Zarumieniła się.
— Jesteś włóczęgą i samotnikiem. Ty nawet nigdy nie miałeś styczności z kobietami — westchnęła. — Nie ma co porównywać... Ja, a inne elfki. To jakie są piękne i zadbane. Takie kobiece... Moje ciało jest zaniedbane i zniszczone. Nigdy nie wróci do poprzedniego stanu. To znaczy, że nie będę już nigdy kobietą. Nie po tym piekle... — westchnęła.
— Chcę byś wiedziała, że to jak ciebie traktuję, w ogóle się nie zmieniło. Dalej bądź sobą — poleciłem, unosząc jej głowę za podbródek.
— A więc mogę być dalej Kristianem? — spytała.
— Jasne. Możesz być Kristianem. Jednak nie wiąż piersi, proszę.
Potaknęła, przecierając pięścią czerwony policzek, jakby usiłowała zetrzeć z niego rumieniec. Uśmiechnąłem się do siebie.
Nie udało mi się pełnić warty całą noc. Usnąłem! Otworzyłem powieki, a wtedy dotarło do mnie, że nie jesteśmy wcale na miejscu, w których rozbiliśmy obóz. Ja... Leżałem w łóżku. Zdezorientowany dźwignąłem się do siadu. W pierwszej chwili pomyślałem, że może to wioska mrocznych elfów, ale wystarczyło się rozejrzeć, by wiedzieć, że to zupełnie coś innego.
Moje ubranie! Dotknąłem nagiej piersi. Miałem na sobie spodnie, ale... Kto mnie rozebrał? Kto w ogóle mnie tu zabrał? Jak to możliwe, że nic nie czułem? No i....
Kristiana!
Podniosłem się energicznie. Musiałem ją odnaleźć i to jak najprędzej! Pokój był spory. Łóżko, na którym leżałem było naprawdę wygodne, ale nie mogłem pozwalać sobie na odpoczynek. Już miałem ruszyć w kierunku drzwi, kiedy nagle się otworzyły. Cofnąłem się, a wtedy moim oczom ukazała się kobieta. Stali za nią strażnicy. To byli elfowie! Ale... Nie byli mrocznymi elfami, ani nawet leśnymi. Elfka podeszła bliżej. Nie bała się. A z resztą, była w towarzystwie uzbrojonych strażników. Była naprawdę niska i całkiem drobna. Włosy miała bardzo długie, splecione w warkocze i zawinięte z tyłu jej głowy. Były brązowe.
— Jesteś moim gościem, wędrowniku. Moi ludzie znaleźli ciebie i tu przyprowadzili. Jestem królową elfów zza gór — oznajmiła. Rozejrzałem się po całym pomieszczeniu.
— Ja... Był ktoś tam ze mną? — spytałem. Zakryła usta dłonią i cicho zachichotała.
— Owszem — przyznała. Moje serce ścisnęło się gwałtownie w piersi. Co zrobiła z Kristiną?! czy tak samo jak mroczne elfy, patrzyła na nią z góry? Potępiała ją?
— Gdzie... Gdzie jest ta osoba?! — zapytałem.
— Chodzi ci o młodą mroczną elfkę? Biedulka — westchnęła. Nie drwiła. Widziałem w jej oczach szczere przejęcie. — Chodźmy. Z pewnością chcesz ją zobaczyć. Moi ludzie przygotują ci strój — oznajmiła, gestem przywołując służących. Dostałem nową koszulę i oddano mi mój płaszcz. W jego kieszeni w dalszym ciągu znajdowała się buteleczka z leczniczą wodą, oraz kamień, który miał doprowadzić mnie do skarbu, a jedyne co zrobił, to doprowadził mnie do prawdy na temat Kristiny.
Nie zwlekałem i od razu ruszyłem za królową elfów zza gór. Szła wolno, a mi nie wypadało jej popędzać. Przeszliśmy przez korytarz, zatrzymując się przed drugą komnatą. Kiedy jednak drzwi otworzyły się, ujrzałem kilka służących, które stały w rządku, lekko zakłopotane. Na nasz widok zaczęły się kłaniać.
— Pani! Ona nie przyjmuje pomocy!
— Kristina? — spytałem, wysuwając się do przodu. Gdzie ona była? Ujrzałem jej sylwetkę zza parawanem. — Kristina, to ja. Czy wszystko w porząd...
— Zostaw! Nie podchodź! — krzyknęła. Zatrzymałem się gwałtownie, unosząc ręce w obronnym geście. Zdałem sobie sprawę, że widzę dokładnie zarysy jej ciała... Nagiego ciała. — Chcę z powrotem moje spodnie! Oddajcie mi je! — warknęła.
— Nie możesz chodzić w tych okropnych i brudnych ubraniach! Weź kąpiel. Moje służące pomogą ci się przygotować — oznajmiła królowa.
— Nie chcę... — jęknęła. Rozumiałem, że to było dla niej ciężkie, ale... Cicho chrząknąłem.
— Kris... Poczujesz się lepiej. Zgódź się.
— Chcę spodnie!
Zerknąłem na królową, która potaknęła.
— Dobrze. Rozkażę przynieść spodnie — zapewniła, na co skinąłem z wdzięcznością głową. Miałem nadzieję, że będę miał szansę by porozmawiać z Kristiną. Puki co, musiałem się wycofać.
Warrior
wtorek, 16 lipca 2019
niedziela, 14 lipca 2019
Rozdział 3
Kristian był naburmuszony cały czas. Odpowiadał mi burknięciami, ciągle był zły i zirytowany. Rozumiałem, że miał swoją elficką dumę, ale zapominał też o swojej człowieczej cząstce. Nasze ubrania w końcu wyschły. Założyłem koszulę, a potem narzuciłem na ramiona płaszcz. Spojrzałem przez płomienie na jego zgarbioną sylwetkę. Ciągle dorzucał suche patyki do ogniska.
— Zamierzasz wrócić do wioski? — spytałem.
— Nie. A ty? — odparł bez chwili zawahania. Zaskoczyło mnie to pytanie. Dlaczego miałbym chcieć tam wrócić? Tym bardziej sam? Usłyszałem jego ciche westchnienie. — Z pewnością szybko znajdziesz dla siebie kobietę. Elfki lubią obcych — oznajmił.
— Nie zamierzam się z nikim wiązać — odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Uniósł wzrok pierwszy raz od dłuższej chwili.
— Dlaczego?
— Jestem tylko włóczęgą. Nie jestem w stanie nic nikomu dać. No i... Nie tęsknie za bliskością kobiety — powiedziałem, zaczesując do tyłu przydługie kosmyki. Taka była prawda. Miałbym kogoś kochać? Kobietę? Kobietę, która wyczekiwałaby na mój powrót? Która opiekowałaby się dziećmi? Byłbym zbyt samolubny, gdybym myślał o założeniu rodziny. — Nie mam nic. Tylko siebie — dodałem.
— To wystarczające — powiedział cicho Kristian. Uśmiechnąłem się szeroko.
— Nie potrzebuję żony. Ale możesz zostać moim partnerem — zauważyłem.
— Co?
— Skoro i tak nie zamierzasz wrócić do wioski, wyrusz ze mną. Jesteśmy tacy sami. Kobiety stronią od ciebie, a ja stronię od kobiet.
— To wcale tak nie działa — odburknął, kuląc ramiona. — Kretyn.
— Możesz mnie tak nazywać, partnerze — zapewniłem rozbawiony. Kristian nie był zwykłym elfem. Był pół elfem, pół człowiekiem! Nie czuł zatem przynależności, tak samo jak ja. Na dodatek był inteligenty. Wiedziałem, że jestem w stanie z nim przetrwać na nieznanych terenach. Bez jego pomocy, nie dotrę do skarbu. Czułem, że jestem już blisko.
Kristian znów dostał ataku. Sam nie wiedziałem jak to nazwać. Tak nagle zatrzymywał się, łapał za pierś i posyłał mi to piorunujące spojrzenie, wrzeszcząc na mnie, bym nie ważył się go dotknąć. Teraz było tak samo. Znów kazał mi czekać i sobie poszedł. Tyle, że nie wracał od dłuższej chwili. To nigdy nie zajmowało mu tyle czasu. Przekląłem, ruszając w kierunku, w którym się udał. Co jeśli padł? Zemdlał? Dotknąłem kieszeni płaszcza. Miałem tam schowaną butelkę z leczniczą wodą. Jeśli będzie trzeba, użyję jej.
— Krist... — urwałem. Klęczał na ziemi. Widziałem tylko jak zapina koszulę. Odwrócił się przez ramię, a wtedy w jego spojrzeniu pojawiły się płomienie.
— Miałeś zostać! — rzucił gniewnie. Uniosłem ręce w obronnym geście, całkowicie zdezorientowany jego nagłym atakiem.
— Nie wracałeś. Chciałem się upewnić czy wszystko gra — zauważyłem. Minął mnie, trącając ramieniem.
— Tak, chodźmy — odburknął. Wywróciłem oczami.
— Gdybym ja tak długo nie wracał, zrobiłbyś to samo — zauważyłem.
— Gdybyś kazał mi czekać, czekałbym. Bez względu na to ile czasu by ci to zajęło, nie ruszyłbym się z miejsca. Więc ty też siedź na tyłku i czekaj następnym razem! — rzucił gniewnie. Chwyciłem go za ramię, zatrzymując.
— Chwila — poleciłem. — Co ma znaczyć następny raz? Co to za choroba, o której nie chcesz mi powiedzieć?
— To nie jest choroba... — odparł, wyszarpując się z mojego uścisku.
— Nie rozumiem... Woda powinna ci pomóc... Tak jak pomogła mnie — zauważyłem zdezorientowany. Kristian westchnął głośno. Usiadł na sporym głazie, spuszczając wzrok. Stanąłem przed nim, czekając na wyjaśnienia.
— To... Blizny — powiedział w końcu.
— Blizny? Zostałeś ranny? Woda powinna ci pomóc...
— Ty.. Ty nie rozumiesz! Mam je od urodzenia, ja... Woda leczy. Jeśli rodzisz się bez nogi, wejście do niej, nie sprawi, że ci urośnie. Rozumiesz? Nie przywróci ślepemu wzroku. Leczy tylko z zadanych ran i chorób... Nie uleczy mnie z przeszłości — westchnął ciężko. Nie wiedziałem, że musi nosić takie brzemię. Blizny... To dlatego nie chciał pokazywać swojego ciała. Czuł odrazę? Do siebie? Elfy były pięknymi istotami. Nie miałem żadnych wątpliwości, że Kristian właśnie taki jest. Piękny. Nawet jego skazy tego nie zmieniały.
— Przepraszam — powiedziałem. Podniósł się, otrzepując spodnie.
— Ruszajmy. Jak daleko znajduje się ten twój skarb? — spytał, po czym ruszył przodem.
Poszczęściło nam się. Las w końcu zaczął ustępować, no i ujrzeliśmy w oddali gospodę. Byłem wyczerpany ciągłą podróżą i spaniem na gołej ziemi. Co prawda Kristan zawsze rozpalał ognisko, więc nie było nam zimno. Łapał też króliki, które potem piekliśmy i jedliśmy, ale to nie było to samo co łóżko w gospodzie. No i tęskniłem za smakiem piwa.
— Dlaczego tak nagle przyspieszyłeś? Przecież nie masz pieniędzy — zauważył, wlokąc się za mną. Żartował sobie? Zerknąłem przez ramię, posyłając mu szeroki uśmiech.
— Ale ty masz pieniądze — powiedziałem. Wywrócił oczami.
— To ty mnie potrzebujesz, ja ciebie wcale — wymamrotał. Zgarnąłem go w objęcie, więżąc jego szyję swoim ramieniem. Szarpnął się z jękiem irytacji. — Puszczaj!
— No dalej, Kris! Noc w gospodzie dobrze nam zrobi — zauważyłem. Westchnął głośno, przestając się szarpać.
— Niech ci będzie.
Puściłem go, a wtedy odwrócił się, krzyżując ramiona na piersi. To było jego słynne obrażanie się, ale zdążyłem do tego przywyknąć. Nogi same niosły mnie w stronę karczmy. Już nawet czułem zapach jedzenia. Nie rozumiałem niechęci Kristiana. Był uprzedzony do wszystkich bez wyjątku. Do kobiet, mężczyzn, ludzi, elfów, do każdego! Nawet do samego siebie. Właśnie dlatego potrzebował mnie.
Od razu zapłaciłem pieniędzmi Kristiana, by ten nie zdążył się rozmyślić. Usiedliśmy przy samotnym stoliku w rogu izby. Zerknąłem na przyjaciela, który najchętniej wcisnąłby się cały w ścianę. Czyż nie było tutaj cudownie? Zapomniałem nawet co to za uczucie, siedzieć wśród ludzi.
Młoda dziewczyna zakręciła się przy stolikach z tacą, niosąc nam dwa kufle piwa. Była całkiem urocza. Nosiła prostą sukienkę z fartuchem. Uśmiechnęła się do nas. Odwzajemniłem to.
— Pij. Może wtedy poczujesz się lepiej i przestaniesz marudzić — oznajmiłem, podsuwając w jego stronę kufel. Chwycił go, po czym wypił prawie wszystko na raz, pozostawiając nad wargą piwne wąsy. Prędko otarł je rękawem. — Kto by pomyślał, że tak drobny elf, a jest w stanie tyle wypić — zaśmiałem się, trącając jego ramię.
Rozkoszowałem się smakiem piwa, kiedy nagle mój spokój został zakłócony nagłym hałasem. Kristian podniósł się gwałtownie. Obejrzałem się za siebie. Urocza kelnerka stała przy kącie, skulona i wystraszona. Otaczali ją pijani mężczyźni.
— Kris, uspokój się... Nic się nie dzieje, jesteśmy w gospodzie...
W jego spojrzeniu buchał ogień. Mógł nie cierpieć elfek, ale jedno było pewne. Nienawidził, gdy ktoś krzywdził kobietę. Może to też było częściej elfickiej dumy? A może właśnie cząstką człowieczeństwa?
Usłyszałem nagle odgłos uderzenia. Przestraszona dziewczyna wydała z siebie jęk. Tacka upadła jej na ziemię. Została przyciśnięta do jednego ze stołów. Mój mózg nawet nie zdążył tego wszystkiego zarejestrować. W chwili kiedy jeden z mężczyzn unosił jej sukienkę, zorientowałem się, że Kristian zniknął. Podniosłem się prędko, by go zatrzymać, ale on przemknął jak cień. Jego palce zaciskały się mocno na nożu. Wiedziałem jak to się skończy. Odciętym przyrodzeniem. To tylko sprowadziłoby na nas kłopoty. Ruszyłem za nim bez wahania, łapiąc jego nadgarstek i szarpnięciem ukrywając za swoimi plecami. Zdezorientowany posłał mi gniewne spojrzenie, ale ja to zignorowałem. Sam wymierzyłem mężczyźnie porządny cios, aż zatoczył się i padł nieprzytomny na ziemię.
Rozdygotana dziewczyna prędko podniosła się ze stołu, po czym zniknęła za drzwiami do kuchni. Zacisnąłem pięść, patrząc w stronę stojącej grupki mężczyzn. Cofnęli się wystraszeni. Nie musiałem nic mówić. Zgarnęli swojego kompana i uciekli z gospody.
— Dlaczego mnie powstrzymałeś?! — syknął zezłoszczony Kristian, podchodząc do mnie i wbijając nóż w blat stołu. Był na mnie zły i to rozumiałem. Nie mogliśmy sobie pozwalać na impulsywne działanie. Nawet w czyjejś obronie.
— Rozumiem twoje wzburzenie.
— Nie ty nic nie rozumiesz! — rzucił gniewnie, odpychając od siebie moją dłoń. — Powinieneś mi pozwolić. Tacy zasługują tylko na jedno — powiedział. Westchnąłem cicho.
— Dziewczynie nic nie jest. Jest bezpieczna — zauważyłem, chcąc go jakoś uspokoić.
— To go nie powstrzyma! Znajdzie sobie drugą ofiarę, przez ciebie. Mogłem pozbawić go przyrodzenia. Wtedy nauczyłby się trzymać łapy przy sobie.
— Obaj jesteśmy zmęczeni. Chodź.
Zaskoczyło mnie to, że pozwolił mi siebie dotknąć. Dał za wygraną, pierwszy raz od... Odkąd pamiętam. Spuścił głowę, po czym potaknął.
Odkąd weszliśmy do przydzielonego nam pokoju w gospodzie, Kristian nie odezwał się do mnie ani słowem. Położył się na łóżku, tyłem do mnie i nawet nie drgnął od tamtego momentu. Westchnąłem cicho. Gniewał się? Moje usta otwierały się już setki razy, ale nie byłem w stanie nic z siebie wydusić. Postanowiłem jednak zaryzykować.
— Ja też... Też byłem wściekły. Szanuję kobiety i rozumiem ciebie... Mogłeś sprowadzić na siebie kłopoty, zrozum to w końcu — westchnąłem.
— Zamknij się, chcę spać — mruknął.
— Jasne.
Położyłem się na swoim posłaniu, podkładając sobie ręce pod głowę. Ciężko było dogadać się z tak upartym elfem. Miałem nadzieję, że jutro o wszystkim zapomni. Tylko tego brakowało, by marudził cały czas.
— Dobranoc — powiedziałem. Nie odpowiedział.
Opuściliśmy gospodę z samego rana. Tak jak podejrzewałem, Kristian był wyciszony. Na jego twarzy nie było grymasu gniewu, ani znudzenia. W jego oczach widziałem pustkę, co zaczęło mnie martwić. Pomyślałem o bliznach. Może znów doskwierał mu ból? Wiedziałem, że pytanie go o to mogło go rozzłościć, więc postanowiłem tylko go obserwować.
— Według moich obliczeń, dotrzemy na miejsce przed zmierzchem — oznajmiłem. Kristian rozejrzał się wokół.
— Nigdy nie byłem tak daleko za wioską — przyznał. Były to jego pierwsze słowa tego ranka. Uśmiechnąłem się. Wszystko wracało do normy. — Czego tak właściwie szukamy? Co to za skarb? — spytał.
— Kilka lat temu... Znalazłem to — wyznałem, sięgając do kieszeni płaszcza. Wyciągnąłem z niego błękitny kamień. Oczy Kristiana otworzyły się szeroko. Wyglądał na zaintrygowanego. — Doprowadzi nas do reszty skarbu. Czuję, że jest blisko — dodałem. Potaknął. To aż zadziwiające, że był taki spokojny.
Spokojny nie było odpowiednim słowem. Raczej wyciszony. To już zaczęło być niepokojące.
— Kristian! Stój! — krzyknąłem nagle, widząc jak idzie bezmyślnie przed siebie. To nie było do niego w ogóle podobne! Nawet ja byłem w stanie dostrzec pułapkę! Ktoś musiał być tu przed nami? A może droga do skarbu właśnie tak wyglądała? Dlatego nikt nie mógł go zdobyć?
Chwyciłem Kristiana za rękę, czując jak zapada się pod ziemię. Grunt usunął się spod jego stóp. Jęknął, uderzając bokiem o ścianę ziemi. Stęknąłem z wysiłku, nie pozwalając mu się zsunąć. Dół wyłożony był ostrymi belkami. Gdybym go nie złapał z pewnością nabiłby się na jedną z nich. Uklęknąłem, łapiąc go oburącz. Wyciągnąłem go z dołu. Było blisko!
— Całe szczęście. Już myślałem, że...
Kristian uniósł rękę. Zdezorientowany odkryłem, że na jego dłoni jest krew. Musiał skaleczyć się o wystającą belkę. Przysunął dłoń do ust. Po chwili zadrżał.
— Jad...
— Co?!
— Ostre końce zostały pokryte jadem — oznajmił. Dostał wypieków. Tak nagle pojawiły się na jego policzkach, a potem i na szyi. Podejrzewałem, że plamy rozprzestrzeniły się po całym jego ciele.
— To ten sam jad, prawda?
— Nie... Ten jest... Znacznie... — zakrył usta dłonią, cicho się dławiąc. Z przerażeniem patrzyłem jak spomiędzy jego palców wypływa krew.
— Nie... Kris, nie wygłupiaj się... Potrzebuję cię... — powiedziałem. Jego powieki zatrzepotały. Poczułem jak jego głowa uderza w moje ramiona. Nie mógł zginąć! Przytrzymałem go przed sobą, sięgając po butelkę z leczniczą wodą. Musiała pomóc... Nie mogło być za późno! Odkręciłem ją drżącymi rękoma, podsuwając pod jego usta. Rozchyliłem jego wargi, przytrzymując jego brodę. Wsunąłem palec do środka jego ust, by ich nie zamykał. Woda spłynęła po jego brodzie i ubraniu. Musiał się napić! Klęczałem i czekałem, ale nic się nie działo. Mi woda pomogła od razu.
— Nie... To niemożliwe... Jesteś elfem, nie możesz... Nie możesz tak głupio umrzeć! — jęknąłem, potrząsając nim.
Kristian cicho zakasłał. Poczułem jak jego palce zaciskają się na mojej twarzy. Odepchnął mnie od siebie, po czym dźwignął się do siadu.
— Coś ty zrobił...
— A więc nie mam liczyć nawet na zwykłe dziękuję — westchnąłem. Spojrzał na butelkę w mojej dłoni. Zakręciłem ją, chowając z powrotem do kieszeni płaszcza.
— Zabrałeś ze sobą wodę?!
— Powinieneś być mi wdzięczny — zauważyłem.
— Ja... Jestem... Wdzięczny...
— Nie ma za co — odparłem z uśmiechem. Podniosłem się, wyciągając w jego stronę dłoń. Chwycił ją, a wtedy pomogłem mu się dźwignąć
Woda nie tylko powstrzymała jad, ale i przywróciła narzekającego Kristiana. Był jeszcze bardziej irytujący niż zazwyczaj.
— Wiesz chociaż dokąd idziemy? Nie mamy mapy, ani żadnych wskazówek. Tylko ten twój śmieszny kamień! — jęknął.
— Moje przeczucie nigdy mnie nie zawodzi — oznajmiłem. Wydał z siebie jęk irytacji. Byliśmy blisko. Nawet bliżej niż nam by się zdawało. Zatrzymałem się, czując jak na mnie wpada. — To tu — zapewniłem.
— Ale tu nic nie ma — zauważył. To były pozory. Dotknąłem sporego głazu, przesuwając po nim palcami. Zacząłem obrywać go z mchu. — To tylko głupi kamień. Co ty robisz?
— Kamienie nie są ciepłe. Czujesz? — spytałem, łapiąc jego dłoń i układając ją na głazie. Wzdrygnął się, patrząc na mnie zaskoczony.
— Spójrz!
Moja kieszeń! Ona świeciła! Wyciągnąłem niebieski kamień, orientując się, że połyskuje. Zupełnie jak niebieski płomień. Uśmiechnąłem się do siebie. Jak oczy Kristiana. Położyłem kamień na głazie, a wtedy nagły blask oślepił mnie gwałtownie. Zakryłem oczy z cichym jękiem. Rozbłysk trwał tylko chwilę. Kristian wydał z siebie jęk. Usłyszałem dziwny odgłos.
— Co to...
Staliśmy naprzeciw siebie, patrząc przez jaśniejący niebieski płomień. Nasze ubrania jak i włosy unosiły się jakby za sprawą niewyczuwalnego wiatru. W wielkich oczach Kristiana widziałem swoje odbicie. Stał skulony, trzymając się za pierś. Jego włosy... Nie obcinał ich przez ostatni czas. Narzekał na mnie i wściekał się, że są za długie. Coś nagle... Coś nagle pękło. Trudno mi było to nazwać. Na ziemię upadł bandaż. Kristian zacisnął powieki. Po jego policzki spłynęła łza.
— Pękam...
— Co... O czym mówisz? Chodzi o blizny...?! — spytałem zaskoczony.
— Ja... Czuję jak pękam na kawałeczki... To uczucie... Nie chcę... — jęknął.
— K-kri... Kristian! — krzyknąłem. Niebieskie płomienie zajęły jego ciało! Jego ubranie, wszystko! Stanęło w niebieskim ogniu! Kolejne bandaże upadły na ziemie, a niewyczuwalny wiatr wzmógł się.
— Proszę, zabierz kamień! — jęknął. Zacisnąłem na nim palce i szarpnąłem do siebie, aż odrzuciło mnie do tyłu. Sapnąłem, lądując na trawie. Kristian też padł na kolana. Płomienie zniknęły. W powietrze jednak uniosły się błękitne drobiny, przypominające świetliki. To było magiczne i piękne. Wyciągnąłem przed siebie dłoń, chcąc pochwycić jednego z nich, ale wtedy jęknięcie Kristiana sprowadziło mnie z powrotem na ziemię.
— Kris! — zawołałem, podbiegając do niego. Uklęknąłem przed nim, dotykając bandaży leżących na ziemi. — Co to... Twoje blizny! Co z nimi... Pokaż... — poleciłem z przerażeniem. Łzy na jego twarzy były jednoznaczne. Złapałem jego ramiona i nim zdążył mnie odepchnąć, chwyciłem jego koszulę, rozciągając ją na jego...
— Zostaw! — krzyknął. Zakrył się rękoma, ja jednak widziałem. Widziałem wszystko. Siniaki, zadrapania, obtarcia, stare i nowe. Podrażnioną skórę, napuchniętą i czerwoną, miejscami, fioletową.
Widziałem jego blizny.
Widziałem piersi, które ściskane były mocno bandażami, by nie było ich widać. To one były tymi bliznami. Bliznami, z którymi się urodził. Na które lecznicza woda nie działała.
— Zamierzasz wrócić do wioski? — spytałem.
— Nie. A ty? — odparł bez chwili zawahania. Zaskoczyło mnie to pytanie. Dlaczego miałbym chcieć tam wrócić? Tym bardziej sam? Usłyszałem jego ciche westchnienie. — Z pewnością szybko znajdziesz dla siebie kobietę. Elfki lubią obcych — oznajmił.
— Nie zamierzam się z nikim wiązać — odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Uniósł wzrok pierwszy raz od dłuższej chwili.
— Dlaczego?
— Jestem tylko włóczęgą. Nie jestem w stanie nic nikomu dać. No i... Nie tęsknie za bliskością kobiety — powiedziałem, zaczesując do tyłu przydługie kosmyki. Taka była prawda. Miałbym kogoś kochać? Kobietę? Kobietę, która wyczekiwałaby na mój powrót? Która opiekowałaby się dziećmi? Byłbym zbyt samolubny, gdybym myślał o założeniu rodziny. — Nie mam nic. Tylko siebie — dodałem.
— To wystarczające — powiedział cicho Kristian. Uśmiechnąłem się szeroko.
— Nie potrzebuję żony. Ale możesz zostać moim partnerem — zauważyłem.
— Co?
— Skoro i tak nie zamierzasz wrócić do wioski, wyrusz ze mną. Jesteśmy tacy sami. Kobiety stronią od ciebie, a ja stronię od kobiet.
— To wcale tak nie działa — odburknął, kuląc ramiona. — Kretyn.
— Możesz mnie tak nazywać, partnerze — zapewniłem rozbawiony. Kristian nie był zwykłym elfem. Był pół elfem, pół człowiekiem! Nie czuł zatem przynależności, tak samo jak ja. Na dodatek był inteligenty. Wiedziałem, że jestem w stanie z nim przetrwać na nieznanych terenach. Bez jego pomocy, nie dotrę do skarbu. Czułem, że jestem już blisko.
Kristian znów dostał ataku. Sam nie wiedziałem jak to nazwać. Tak nagle zatrzymywał się, łapał za pierś i posyłał mi to piorunujące spojrzenie, wrzeszcząc na mnie, bym nie ważył się go dotknąć. Teraz było tak samo. Znów kazał mi czekać i sobie poszedł. Tyle, że nie wracał od dłuższej chwili. To nigdy nie zajmowało mu tyle czasu. Przekląłem, ruszając w kierunku, w którym się udał. Co jeśli padł? Zemdlał? Dotknąłem kieszeni płaszcza. Miałem tam schowaną butelkę z leczniczą wodą. Jeśli będzie trzeba, użyję jej.
— Krist... — urwałem. Klęczał na ziemi. Widziałem tylko jak zapina koszulę. Odwrócił się przez ramię, a wtedy w jego spojrzeniu pojawiły się płomienie.
— Miałeś zostać! — rzucił gniewnie. Uniosłem ręce w obronnym geście, całkowicie zdezorientowany jego nagłym atakiem.
— Nie wracałeś. Chciałem się upewnić czy wszystko gra — zauważyłem. Minął mnie, trącając ramieniem.
— Tak, chodźmy — odburknął. Wywróciłem oczami.
— Gdybym ja tak długo nie wracał, zrobiłbyś to samo — zauważyłem.
— Gdybyś kazał mi czekać, czekałbym. Bez względu na to ile czasu by ci to zajęło, nie ruszyłbym się z miejsca. Więc ty też siedź na tyłku i czekaj następnym razem! — rzucił gniewnie. Chwyciłem go za ramię, zatrzymując.
— Chwila — poleciłem. — Co ma znaczyć następny raz? Co to za choroba, o której nie chcesz mi powiedzieć?
— To nie jest choroba... — odparł, wyszarpując się z mojego uścisku.
— Nie rozumiem... Woda powinna ci pomóc... Tak jak pomogła mnie — zauważyłem zdezorientowany. Kristian westchnął głośno. Usiadł na sporym głazie, spuszczając wzrok. Stanąłem przed nim, czekając na wyjaśnienia.
— To... Blizny — powiedział w końcu.
— Blizny? Zostałeś ranny? Woda powinna ci pomóc...
— Ty.. Ty nie rozumiesz! Mam je od urodzenia, ja... Woda leczy. Jeśli rodzisz się bez nogi, wejście do niej, nie sprawi, że ci urośnie. Rozumiesz? Nie przywróci ślepemu wzroku. Leczy tylko z zadanych ran i chorób... Nie uleczy mnie z przeszłości — westchnął ciężko. Nie wiedziałem, że musi nosić takie brzemię. Blizny... To dlatego nie chciał pokazywać swojego ciała. Czuł odrazę? Do siebie? Elfy były pięknymi istotami. Nie miałem żadnych wątpliwości, że Kristian właśnie taki jest. Piękny. Nawet jego skazy tego nie zmieniały.
— Przepraszam — powiedziałem. Podniósł się, otrzepując spodnie.
— Ruszajmy. Jak daleko znajduje się ten twój skarb? — spytał, po czym ruszył przodem.
Poszczęściło nam się. Las w końcu zaczął ustępować, no i ujrzeliśmy w oddali gospodę. Byłem wyczerpany ciągłą podróżą i spaniem na gołej ziemi. Co prawda Kristan zawsze rozpalał ognisko, więc nie było nam zimno. Łapał też króliki, które potem piekliśmy i jedliśmy, ale to nie było to samo co łóżko w gospodzie. No i tęskniłem za smakiem piwa.
— Dlaczego tak nagle przyspieszyłeś? Przecież nie masz pieniędzy — zauważył, wlokąc się za mną. Żartował sobie? Zerknąłem przez ramię, posyłając mu szeroki uśmiech.
— Ale ty masz pieniądze — powiedziałem. Wywrócił oczami.
— To ty mnie potrzebujesz, ja ciebie wcale — wymamrotał. Zgarnąłem go w objęcie, więżąc jego szyję swoim ramieniem. Szarpnął się z jękiem irytacji. — Puszczaj!
— No dalej, Kris! Noc w gospodzie dobrze nam zrobi — zauważyłem. Westchnął głośno, przestając się szarpać.
— Niech ci będzie.
Puściłem go, a wtedy odwrócił się, krzyżując ramiona na piersi. To było jego słynne obrażanie się, ale zdążyłem do tego przywyknąć. Nogi same niosły mnie w stronę karczmy. Już nawet czułem zapach jedzenia. Nie rozumiałem niechęci Kristiana. Był uprzedzony do wszystkich bez wyjątku. Do kobiet, mężczyzn, ludzi, elfów, do każdego! Nawet do samego siebie. Właśnie dlatego potrzebował mnie.
Od razu zapłaciłem pieniędzmi Kristiana, by ten nie zdążył się rozmyślić. Usiedliśmy przy samotnym stoliku w rogu izby. Zerknąłem na przyjaciela, który najchętniej wcisnąłby się cały w ścianę. Czyż nie było tutaj cudownie? Zapomniałem nawet co to za uczucie, siedzieć wśród ludzi.
Młoda dziewczyna zakręciła się przy stolikach z tacą, niosąc nam dwa kufle piwa. Była całkiem urocza. Nosiła prostą sukienkę z fartuchem. Uśmiechnęła się do nas. Odwzajemniłem to.
— Pij. Może wtedy poczujesz się lepiej i przestaniesz marudzić — oznajmiłem, podsuwając w jego stronę kufel. Chwycił go, po czym wypił prawie wszystko na raz, pozostawiając nad wargą piwne wąsy. Prędko otarł je rękawem. — Kto by pomyślał, że tak drobny elf, a jest w stanie tyle wypić — zaśmiałem się, trącając jego ramię.
Rozkoszowałem się smakiem piwa, kiedy nagle mój spokój został zakłócony nagłym hałasem. Kristian podniósł się gwałtownie. Obejrzałem się za siebie. Urocza kelnerka stała przy kącie, skulona i wystraszona. Otaczali ją pijani mężczyźni.
— Kris, uspokój się... Nic się nie dzieje, jesteśmy w gospodzie...
W jego spojrzeniu buchał ogień. Mógł nie cierpieć elfek, ale jedno było pewne. Nienawidził, gdy ktoś krzywdził kobietę. Może to też było częściej elfickiej dumy? A może właśnie cząstką człowieczeństwa?
Usłyszałem nagle odgłos uderzenia. Przestraszona dziewczyna wydała z siebie jęk. Tacka upadła jej na ziemię. Została przyciśnięta do jednego ze stołów. Mój mózg nawet nie zdążył tego wszystkiego zarejestrować. W chwili kiedy jeden z mężczyzn unosił jej sukienkę, zorientowałem się, że Kristian zniknął. Podniosłem się prędko, by go zatrzymać, ale on przemknął jak cień. Jego palce zaciskały się mocno na nożu. Wiedziałem jak to się skończy. Odciętym przyrodzeniem. To tylko sprowadziłoby na nas kłopoty. Ruszyłem za nim bez wahania, łapiąc jego nadgarstek i szarpnięciem ukrywając za swoimi plecami. Zdezorientowany posłał mi gniewne spojrzenie, ale ja to zignorowałem. Sam wymierzyłem mężczyźnie porządny cios, aż zatoczył się i padł nieprzytomny na ziemię.
Rozdygotana dziewczyna prędko podniosła się ze stołu, po czym zniknęła za drzwiami do kuchni. Zacisnąłem pięść, patrząc w stronę stojącej grupki mężczyzn. Cofnęli się wystraszeni. Nie musiałem nic mówić. Zgarnęli swojego kompana i uciekli z gospody.
— Dlaczego mnie powstrzymałeś?! — syknął zezłoszczony Kristian, podchodząc do mnie i wbijając nóż w blat stołu. Był na mnie zły i to rozumiałem. Nie mogliśmy sobie pozwalać na impulsywne działanie. Nawet w czyjejś obronie.
— Rozumiem twoje wzburzenie.
— Nie ty nic nie rozumiesz! — rzucił gniewnie, odpychając od siebie moją dłoń. — Powinieneś mi pozwolić. Tacy zasługują tylko na jedno — powiedział. Westchnąłem cicho.
— Dziewczynie nic nie jest. Jest bezpieczna — zauważyłem, chcąc go jakoś uspokoić.
— To go nie powstrzyma! Znajdzie sobie drugą ofiarę, przez ciebie. Mogłem pozbawić go przyrodzenia. Wtedy nauczyłby się trzymać łapy przy sobie.
— Obaj jesteśmy zmęczeni. Chodź.
Zaskoczyło mnie to, że pozwolił mi siebie dotknąć. Dał za wygraną, pierwszy raz od... Odkąd pamiętam. Spuścił głowę, po czym potaknął.
Odkąd weszliśmy do przydzielonego nam pokoju w gospodzie, Kristian nie odezwał się do mnie ani słowem. Położył się na łóżku, tyłem do mnie i nawet nie drgnął od tamtego momentu. Westchnąłem cicho. Gniewał się? Moje usta otwierały się już setki razy, ale nie byłem w stanie nic z siebie wydusić. Postanowiłem jednak zaryzykować.
— Ja też... Też byłem wściekły. Szanuję kobiety i rozumiem ciebie... Mogłeś sprowadzić na siebie kłopoty, zrozum to w końcu — westchnąłem.
— Zamknij się, chcę spać — mruknął.
— Jasne.
Położyłem się na swoim posłaniu, podkładając sobie ręce pod głowę. Ciężko było dogadać się z tak upartym elfem. Miałem nadzieję, że jutro o wszystkim zapomni. Tylko tego brakowało, by marudził cały czas.
— Dobranoc — powiedziałem. Nie odpowiedział.
Opuściliśmy gospodę z samego rana. Tak jak podejrzewałem, Kristian był wyciszony. Na jego twarzy nie było grymasu gniewu, ani znudzenia. W jego oczach widziałem pustkę, co zaczęło mnie martwić. Pomyślałem o bliznach. Może znów doskwierał mu ból? Wiedziałem, że pytanie go o to mogło go rozzłościć, więc postanowiłem tylko go obserwować.
— Według moich obliczeń, dotrzemy na miejsce przed zmierzchem — oznajmiłem. Kristian rozejrzał się wokół.
— Nigdy nie byłem tak daleko za wioską — przyznał. Były to jego pierwsze słowa tego ranka. Uśmiechnąłem się. Wszystko wracało do normy. — Czego tak właściwie szukamy? Co to za skarb? — spytał.
— Kilka lat temu... Znalazłem to — wyznałem, sięgając do kieszeni płaszcza. Wyciągnąłem z niego błękitny kamień. Oczy Kristiana otworzyły się szeroko. Wyglądał na zaintrygowanego. — Doprowadzi nas do reszty skarbu. Czuję, że jest blisko — dodałem. Potaknął. To aż zadziwiające, że był taki spokojny.
Spokojny nie było odpowiednim słowem. Raczej wyciszony. To już zaczęło być niepokojące.
— Kristian! Stój! — krzyknąłem nagle, widząc jak idzie bezmyślnie przed siebie. To nie było do niego w ogóle podobne! Nawet ja byłem w stanie dostrzec pułapkę! Ktoś musiał być tu przed nami? A może droga do skarbu właśnie tak wyglądała? Dlatego nikt nie mógł go zdobyć?
Chwyciłem Kristiana za rękę, czując jak zapada się pod ziemię. Grunt usunął się spod jego stóp. Jęknął, uderzając bokiem o ścianę ziemi. Stęknąłem z wysiłku, nie pozwalając mu się zsunąć. Dół wyłożony był ostrymi belkami. Gdybym go nie złapał z pewnością nabiłby się na jedną z nich. Uklęknąłem, łapiąc go oburącz. Wyciągnąłem go z dołu. Było blisko!
— Całe szczęście. Już myślałem, że...
Kristian uniósł rękę. Zdezorientowany odkryłem, że na jego dłoni jest krew. Musiał skaleczyć się o wystającą belkę. Przysunął dłoń do ust. Po chwili zadrżał.
— Jad...
— Co?!
— Ostre końce zostały pokryte jadem — oznajmił. Dostał wypieków. Tak nagle pojawiły się na jego policzkach, a potem i na szyi. Podejrzewałem, że plamy rozprzestrzeniły się po całym jego ciele.
— To ten sam jad, prawda?
— Nie... Ten jest... Znacznie... — zakrył usta dłonią, cicho się dławiąc. Z przerażeniem patrzyłem jak spomiędzy jego palców wypływa krew.
— Nie... Kris, nie wygłupiaj się... Potrzebuję cię... — powiedziałem. Jego powieki zatrzepotały. Poczułem jak jego głowa uderza w moje ramiona. Nie mógł zginąć! Przytrzymałem go przed sobą, sięgając po butelkę z leczniczą wodą. Musiała pomóc... Nie mogło być za późno! Odkręciłem ją drżącymi rękoma, podsuwając pod jego usta. Rozchyliłem jego wargi, przytrzymując jego brodę. Wsunąłem palec do środka jego ust, by ich nie zamykał. Woda spłynęła po jego brodzie i ubraniu. Musiał się napić! Klęczałem i czekałem, ale nic się nie działo. Mi woda pomogła od razu.
— Nie... To niemożliwe... Jesteś elfem, nie możesz... Nie możesz tak głupio umrzeć! — jęknąłem, potrząsając nim.
Kristian cicho zakasłał. Poczułem jak jego palce zaciskają się na mojej twarzy. Odepchnął mnie od siebie, po czym dźwignął się do siadu.
— Coś ty zrobił...
— A więc nie mam liczyć nawet na zwykłe dziękuję — westchnąłem. Spojrzał na butelkę w mojej dłoni. Zakręciłem ją, chowając z powrotem do kieszeni płaszcza.
— Zabrałeś ze sobą wodę?!
— Powinieneś być mi wdzięczny — zauważyłem.
— Ja... Jestem... Wdzięczny...
— Nie ma za co — odparłem z uśmiechem. Podniosłem się, wyciągając w jego stronę dłoń. Chwycił ją, a wtedy pomogłem mu się dźwignąć
Woda nie tylko powstrzymała jad, ale i przywróciła narzekającego Kristiana. Był jeszcze bardziej irytujący niż zazwyczaj.
— Wiesz chociaż dokąd idziemy? Nie mamy mapy, ani żadnych wskazówek. Tylko ten twój śmieszny kamień! — jęknął.
— Moje przeczucie nigdy mnie nie zawodzi — oznajmiłem. Wydał z siebie jęk irytacji. Byliśmy blisko. Nawet bliżej niż nam by się zdawało. Zatrzymałem się, czując jak na mnie wpada. — To tu — zapewniłem.
— Ale tu nic nie ma — zauważył. To były pozory. Dotknąłem sporego głazu, przesuwając po nim palcami. Zacząłem obrywać go z mchu. — To tylko głupi kamień. Co ty robisz?
— Kamienie nie są ciepłe. Czujesz? — spytałem, łapiąc jego dłoń i układając ją na głazie. Wzdrygnął się, patrząc na mnie zaskoczony.
— Spójrz!
Moja kieszeń! Ona świeciła! Wyciągnąłem niebieski kamień, orientując się, że połyskuje. Zupełnie jak niebieski płomień. Uśmiechnąłem się do siebie. Jak oczy Kristiana. Położyłem kamień na głazie, a wtedy nagły blask oślepił mnie gwałtownie. Zakryłem oczy z cichym jękiem. Rozbłysk trwał tylko chwilę. Kristian wydał z siebie jęk. Usłyszałem dziwny odgłos.
— Co to...
Staliśmy naprzeciw siebie, patrząc przez jaśniejący niebieski płomień. Nasze ubrania jak i włosy unosiły się jakby za sprawą niewyczuwalnego wiatru. W wielkich oczach Kristiana widziałem swoje odbicie. Stał skulony, trzymając się za pierś. Jego włosy... Nie obcinał ich przez ostatni czas. Narzekał na mnie i wściekał się, że są za długie. Coś nagle... Coś nagle pękło. Trudno mi było to nazwać. Na ziemię upadł bandaż. Kristian zacisnął powieki. Po jego policzki spłynęła łza.
— Pękam...
— Co... O czym mówisz? Chodzi o blizny...?! — spytałem zaskoczony.
— Ja... Czuję jak pękam na kawałeczki... To uczucie... Nie chcę... — jęknął.
— K-kri... Kristian! — krzyknąłem. Niebieskie płomienie zajęły jego ciało! Jego ubranie, wszystko! Stanęło w niebieskim ogniu! Kolejne bandaże upadły na ziemie, a niewyczuwalny wiatr wzmógł się.
— Proszę, zabierz kamień! — jęknął. Zacisnąłem na nim palce i szarpnąłem do siebie, aż odrzuciło mnie do tyłu. Sapnąłem, lądując na trawie. Kristian też padł na kolana. Płomienie zniknęły. W powietrze jednak uniosły się błękitne drobiny, przypominające świetliki. To było magiczne i piękne. Wyciągnąłem przed siebie dłoń, chcąc pochwycić jednego z nich, ale wtedy jęknięcie Kristiana sprowadziło mnie z powrotem na ziemię.
— Kris! — zawołałem, podbiegając do niego. Uklęknąłem przed nim, dotykając bandaży leżących na ziemi. — Co to... Twoje blizny! Co z nimi... Pokaż... — poleciłem z przerażeniem. Łzy na jego twarzy były jednoznaczne. Złapałem jego ramiona i nim zdążył mnie odepchnąć, chwyciłem jego koszulę, rozciągając ją na jego...
— Zostaw! — krzyknął. Zakrył się rękoma, ja jednak widziałem. Widziałem wszystko. Siniaki, zadrapania, obtarcia, stare i nowe. Podrażnioną skórę, napuchniętą i czerwoną, miejscami, fioletową.
Widziałem jego blizny.
Widziałem piersi, które ściskane były mocno bandażami, by nie było ich widać. To one były tymi bliznami. Bliznami, z którymi się urodził. Na które lecznicza woda nie działała.
Rozdział 2
Kristian był bardzo tajemniczy. Czy mogłem mu ufać? Miał już wiele okazji, by mnie zabić, a jeszcze tego nie zrobił. Gdyby chciał się mnie pozbyć, nie zwlekałby. Wiedziałem o tym, że jest inteligentny. Byłem silniejszy, co do tego nie miałem żadnych wątpliwości. Jednak to nie pozwalało mi myśleć o nim jak o przegranym. Znał położenia wszystkich pułapek, na dodatek ten las był jego domem. Nie miałem z nim żadnych szans.
— Dlaczego nie wrócisz do domu? — spytałem. Już od kilku godzin siedzieliśmy na drzewie. Myślałem, że może się przed kimś ukrywa, ale to nie była prawda. Siedział lekko osunięty, ze spuszczoną głową. Nie dbał o to czy ktoś go zauważy. Musiało chodzić o coś zupełnie innego.
— Nie mogę wrócić z twojego powodu — odparł, krzyżując luźno ramiona na piersi. Zerknął na mnie. Znów posłał mi te pozbawione emocji spojrzenie. — Mroczne elfki uwodzą mężczyzn i sprowadzają je do wiosek.
— A więc mężczyzna nie może przyprowadzić mężczyzny? Nawet przyjaciół? — spytałem. Westchnął cicho, lekko zirytowany.
— Nie jesteśmy przyjaciółmi — odparł. Osunął się jeszcze bardziej. — No i nie mam powodu, by ciebie tam zaprowadzać — dodał ciszej. Musiałem go czymś zdenerwować, aczkolwiek nie miałem pojęcia czym. Nie powiedziałem niczego złego. Nie wnikałem w to jednak. Nie znałem zwyczajów elfów. Może faktycznie nie powinienem zbliżać się do ich wioski?
Przyjrzałem mu się dokładnie. Miałem dar. Potrafiłem wyczytać wszystko z innego człowieka. Wokół Kristiana unosiła się dziwna aura. Coś ukrywał. Zmarszczyłem brwi. Chodziło o jego inność? Nie czuł się przynależny do wioski, by był tylko w połowie elfem?
— Też jestem bękartem — podjąłem. Uniósł wzrok, zdezorientowany moimi słowami. Przysunąłem się bliżej. — Moja matka była prostytutką. Nawet nie wiedziała kto jest moim ojcem.
— Nie musisz mi tego mówić — odparł. Uśmiechnąłem się.
— Nie czuję się źle z tego powodu. Cieszę się, że żyję. Ty opowiedziałeś mi o sobie. Uznałem, że sprawiedliwe będzie wyznać prawdę o mnie — powiedziałem. Kristian przez chwilę w ogóle się nie odzywał. Jakby myślał o czymś intensywnie. Uniósł jednak głowę, po czym zacisnął palce na gałęzi.
— Dlaczego wędrujesz? — spytał. Kąciki moich ust uniosły się.
— Szukam czegoś — przyznałem zgodnie z prawdą. — Skarbu. Znajduje się na północy.
— Nikt się tam nie zapuszcza o zdrowych zmysłach — mruknął. Wiedziałem o tym doskonale. Jednak nie miałem nic do stracenia. Byłem nikim ważnym. Urodziłem się bez celu. Chciałem jakoś wykorzystać to życie.
— Nie mam nic do stracenia — wzruszyłem ramionami, po czym zsunąłem się z gałęzi. Zeskoczyłem sprawnie na ziemię. Kristian zrobił to samo. Wylądował na ugiętych nogach obok mnie. Kiedy się wyprostował, zorientowałem się, że sięga mi do ramienia. Uśmiechnąłem się dyskretnie. Byłem pod wrażeniem. Taki niepozorny, a jednak miał w sobie tyle siły. Jego ramiona były dwa razy chudsze od moich. Dłonie tak samo. Delikatne i smukłe, jak przystało na elfa. Miały jednak w sobie tyle precyzji.
— Na co się gapisz? — rzucił nagle. Odwróciłem wzrok.
— Na twoje uszy — odparłem rozbawiony. Mogłem przysiąść, że się czerwieni. Poprawił kosmyki włosów, tak by mu je zakrywały. — Skoro nie chcesz przeprowadzić mnie przez wioskę elfów, pójdę sam... — oznajmiłem, ruszając przed siebie.
— Nie, czekaj! Stój...! — krzyknął za mną. Jego palce zdążyły musnąć mój płaszcz na plecach. W tej samej chwili poczułem paraliżujący ból, który ogarnął moją prawą nogę. Zachwiałem się, upadając na kolano. Zdusiłem w sobie jęk. Moja noga... Miałem wrażenie, że jej nie mam. Że została całkowicie odcięta.
Chwyciłem za zaciśnięte zasieki, ale nie miałem siły, by ich ruszyć.
— To nie jest sprawka elfów — oznajmił Kristian, klękając obok mnie. Rozciągnął wnyki, które po chwili wystrzeliły w bok i zacisnęły się ponownie. Dopiero wtedy krzyknąłem, widząc jak krew się ze mnie wylewa.
— Skoro nie ty rozstawiłeś te sidła, to kto... — jęknąłem.
— Nie ruszaj się! — syknął. Utrata krwi sprawiła, że zaczęło kręcić mi się w głowie. Nie mogłem odpłynąć. Nie w tym momencie! Długo z tym walczyłem, ale moje powieki były takie ciężkie. Nie potrafiłem nad nimi zapanować i po chwili straciłem przytomność.
Niczego nie pamiętałem. Byłem nieprzytomny, ale mimo wszystko czułem ból. Zawładnął całym moim ciałem, nie tylko nogą. Moje powieki otworzyły się leniwie. Czułem się okropnie. Zupełnie jakbym zapadł w głęboki sen, trwający kilka dni. Nie miałem pojęcia gdzie się znajduję. Wyczułem jednak pod sobą łóżko. Było to prawdziwe łóżko, nie mogłem się mylić! Musiało minąć kilka minut, by dotarło do mnie, że jestem w jakimś pokoju. Promienie słońca wpadły przez okno. Patrzyłem jak zwiewna zasłonka porusza się za sprawą delikatnego wiatru. Co to było za miejsce? Było piękne. Na ścianach wisiały obrazy i wstęgi. Łóżko otoczone było cienką zasłonką ze wszystkich stron. Po chwili ktoś odgarnął ją. Kristian! Podszedł do mnie, w ręku trzymając tacę, na której znajdowały się bandaże oraz smukła buteleczka.
— Obudziłeś się — powiedział. Usiadł obok mnie na łóżko, po czym dotknął mojego czoła. Jego brwi zmarszczyły się. — Dostałeś gorączki — dodał.
— Noga... — wychrypiałem. Mój głos brzmiał nędznie. Zaskoczył mnie sam jego dźwięk.
— Nie ruszaj się — polecił. Rozwinął opatrunek, po czym wylał na moją nogę zawartość buteleczki. Spodziewałem się poczuć ostre pieczenie nie do wytrzymania, ale myliłem się. Cokolwiek to było, przyniosło mi nagłe ukojenie.
— Co to za miejsce? Gdzie ja jestem? — zapytałem. Kristian nie odpowiedział od razu. Zajęty był zakładaniem opatrunku.
— Wioska mrocznych elfów — odparł. Kąciki moich ust uniosły się lekko. — Nie chciałem tego robić... Przyprowadzać cię tutaj. Wiedz, że gdyby nie sidła, nie... — urwał nagle. Wyraz jego twarzy całkowicie się zmienił. Jęknął głośno, kuląc się i łapiąc za pierś. Dźwignąłem się do siadu, całkowicie zdezorientowany.
— Co się dzieje? — spytałem, chcąc dotknąć jego ramię, ale się szarpnął Jego oczy... Widziałem w nich gniew.
— Zostaw! — krzyknął. Zacisnął mocno palce na swojej piersi.
— Krist...
— Zostaw mnie! Nie podnoś się! — polecił ostro. Lekko się zataczając, minął zasłonki, po czym zniknął mi z oczu. Co to znaczyło? Czy był to atak? Chodziło... O jego serce? Nie wiedziałem prawie nic o elfach. Nie miałem zatem pojęcia jak to interpretować. Może to normalne? A może jednak nie? Oczywiście, że bym za nim poszedł, ale moja noga mi na to nie pozwalała. Musiałem zatem zrezygnować z tego pomysłu. Ułożyłem się wygodnie z głośnym westchnieniem.
Spałem, kiedy poczułem nagle jak ktoś dotyka opatrunek na mojej nodze. Wzdrygnąłem się, otwierając ciężkie powieki. Słońce zaczęło chować się za horyzontem. Czy naprawdę spałem tyle godzin? Na łóżku obok mnie siedział Kristian. To on zmieniał bandaże. Obejrzałem go dokładnie. Wyglądał całkiem normalnie.
— Twoja noga nie jest w najlepszym stanie — podjął. Znów rozlał zawartość buteleczki. — Nawet leki elfów niewiele zdziałają. Zasieki pokryte były jadem. Już zaczął rozprzestrzeniać się po twojej nodze. Jeśli dalej tak pójdzie, przejdzie na twoje całe ciało — dodał. Poczułem nagły ucisk w piersi.
— Umrę? — spytałem. To nie mogło być możliwe... Byłem silny i wytrzymały. Zwalczę to. — Co mam robić?
— Udamy się wzdłuż rzeki — oznajmił. Zawiązał opatrunek, po czym uniósł na mnie wzrok. — Na samym końcu znajduje się źródło leczniczej wody. Tylko ona jest w stanie ci pomóc. Leczy ze wszystkich dolegliwości. Jednak musimy się spieszyć. Nie pozostało ci dużo czasu — westchnął.
— Wyruszmy od razu — poleciłem, czując ogarniającą mnie nadzieję. A więc nie było za późno! Kristian pokręcił jednak przecząco głową.
— Jesteś za słaby. Musisz nabrać sił. Wyruszymy jutro — odparł, podnosząc się. Zacisnąłem pięści.
— Co jeśli będzie za późno? — spytałem. Zatrzymał się i obejrzał za siebie.
— Nie będzie — zapewnił. Następnie wyszedł.
Irytowała mnie jego elficka pewność siebie i ten spokój. Skąd miałem mieć pewność, że jad nie rozprzestrzeni się po całym moim ciele tej nocy? Co prawda czułem znużenie, ale to nie był dla mnie problem.
I tak się wybudziłem, więc nie zamierzałem spać. Spałem wystarczająco długo. Dźwignąłem się do siadu, przysuwając w stronę okna. Oparłem się o parapet, wyglądając przez nie. Nie miałem możliwości przyjrzenia się wiosce. Byłem nieprzytomny kiedy mnie tutaj przyprowadzono. Teraz jednak nie mogłem wyjść z podziwu. Wioska była piękna. Zaczęło się zmierzchać, jednak było tu wciąż jasno. Była to zasługa jaśniejących kul, wyglądających jak gigantyczne świetliki. Unosiły się swobodnie. Na dodatek... Mogłem przyjrzeć się elfom! Prawdziwym mrocznym elfom! Kobiety ubrane były w zwiewne sukienki. Miały ciemne, bardzo długie włosy, związane w przeróżny sposób. Mężczyźni chodzili ubrani w płaszcze. Byłem oczarowany. Słyszałem opowieści wielu ludzi. Myślałem, że mroczne elfy są ludożercami. Teraz wiedziałem, że to nieprawda. Kristian był tego dowodem. Powstał ze związku elfickiej kobiety i mężczyzny.
Mimo, że nie byłem śpiący, postanowiłem położyć się, by przynajmniej zregenerować energię.
Już z samego rana mogłem stwierdzić, że Kristian jest zirytowany. Może był na mnie zły? Nie wiedziałem co go ugryzło, ale zachowywał się tak od tamtego dziwnego ataku. Nie pytałem go, bo byłem pewny, że i tak mnie zignoruje. Moja noga cała czas wyglądała paskudnie. Potrzebowałem podpory, by móc się poruszać. Nie zamierzałem się poddać, bez względu na to jak długa i męcząca będzie to podróż.
Na początku dziwnie się czułem jako jedyny człowiek w elfickiej wiosce, ale moje obawy były bezpodstawne. Większość elfek zatrzymywała się na mój widok i rumieniła. Chichotały, machały mi. Jednak na widok Kristiana, odchodziły z gniewem wymalowanym na twarzy. Już zdążyłem to zauważyć. Kristian nie był w ogóle lubiany przez elfickie kobiety. Chodziło o to, że był elfem tylko w połowie? Nie miało to w ogóle sensu. Musiał je do siebie zrazić. Każda rezygnowała z podejścia do mnie bliżej kiedy tylko wyłaniał się z cienia i przy mnie stawał.
Kiedy kolejna elfka odwróciła się na pięcie i odeszła, odwróciłem się do niego, zaciskając palce na lasce, którą mi dał do podpory. Był to raczej kostur. Mógł bez problemu służyć do obrony czy nawet ataku.
— Dlaczego tak reagują? — spytałem, kiedy opuściliśmy teren wioski. Skulił się, chowając lekko szyję w ramionach. Znów te rumieńce, zdradzające irytację! Wydał z siebie tylko ciche burknięcie. — Spławiłeś je?
— Nie — odburknął.
— Dlaczego więc tak ciebie nie lubią?
— To nieważne — odparł. Już ja wiedziałem co to za wzrok! Może i nie miałem swojej lubej, ale to nie zmieniało faktu, że potrafiłem dostrzec kiedy mężczyzna zmaga się z sercowymi problemami. Kristian był typem samotnika. Tak jak ja. Dlatego go doskonale rozumiałem. Uśmiechnąłem się lekko.
— Są naprawdę piękne — podjąłem. Pomyślałem, że szczera rozmowa faceta z facetem poprawi mu humor. — Mają takie długie włosy. To niesamowite!
— Nigdy ich nie obcinają — powiedział cicho, spuszczając wzrok. — Muszą pozostać długie. Mogą zapleść je dopiero kiedy przestają być dziewicami. Obcięcie ich jest haniebne — dodał. Zmarszczyłem lekko brwi.
— Dotykałeś je kiedyś? — spytałem.
— Tak — przyznał. Och... To mogłoby tłumaczyć dlaczego ma taki zły kontakt z elfkami.
— Czyżbyś... Zhańbił jakąś elficką dziewicę? — zapytałem. Kąciki jego ust uniosły się. Zerknął na mnie.
— Można tak powiedzieć — oznajmił. Mogłem się tego spodziewać po dumnych elfach. Pewnie nigdy mu tego nie zapomną. — Obciąłem włosy elfce — przyznał. Podejrzewałem, że nie chce mi się dalej zwierzać. Nie zamierzałem zatem naciskać.
— Wcale nie jesteś taki zły, jak one uważają. W końcu zapomną — powiedziałem. Chyba mnie po prostu zignorował. Postanowiłem zmienić temat i trochę zaryzykować. — Skoro woda, do której zmierzamy ma taką niesamowitą moc... Zgodziłeś się ze mną iść, ze względu na... Ten atak? — spytałem. Automatycznie złapał się za pierś, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu.
— Ta dolegliwość... Woda nie pomoże — odparł.
— Mówiłeś, że...
— Wiem co mówiłem... — przerwał mi. — Mi jednak nie pomoże.
Postanowiłem milczeć przez resztę drogi.
Musieliśmy zrobić postój ze względu na mnie. Kristian miał ze sobą elfickie leki, które zabrał z wioski, jednak one tylko usypiały mój ból. Tylko woda była w stanie powstrzymać jad. Czułem się coraz gorzej. Byłem coraz słabszy. Nie mogłem jednak się poddać. Oparłem głowę przy zwalonym pniu, widząc jak Kristian rozpala ognisko. Siedział po drugiej stronie ze spuszczoną głową. Wpatrywał się w płomienie.
— Nie mogę zmienić ciebie na warcie — westchnąłem ciężko.
— Warty nie są konieczne — odparł, wrzucając suchą gałązkę w ognisko. — Jesteśmy bezpieczni. Nikt nas nie zaatakuje — zapewnił. Pewnie rozstawił wnyki. Ufałem mu, jeśli o to chodzi.
— W takim razie śpij — poleciłem, przesuwając się w bok. Spojrzał na mnie zdezorientowany.
— Co ty robisz? — zdziwił się.
— To, że kobiety wprawiają cię w zakłopotanie jestem w stanie zrozumieć, ale ja jestem mężczyzną. Powinniśmy spać obok siebie. Będzie nam cieplej — zauważyłem. Zacisnął wargi, jakbym powiedział coś głupiego.
— Ale...
Wywróciłem oczami. Cholerna dumna elfów! Kristian był szczególnie upartym przypadkiem. W końcu jednak jakby się otrząsnął. Przysunął się, po czym położył obok, odwracając do mnie plecami. Też się odwróciłem, podkładając sobie ręce pod głowę. Zamknąłem oczy.
Nie minęło wcale dużo czasu, a poczułem jak Kristian się odsuwa, jak oparzony. Usiadł z boku. Jego elficka godność i dumna nie pozwalały mu na spanie przy drugim mężczyźnie? Nie to nie. Ja zamierzałem się wyspać, co i tak było trudne w tych warunkach.
Zorientowałem się nagle, że Kristianowi coś dolega. Pochylał się, a jego dłonie znów zaciskały się na jego piersi. To był ten atak! Dźwignąłem się z jękiem.
— Nie dotykaj mnie! — warknął, kiedy usiłowałem wyciągnąć w jego stronę rękę. — Przejdę się... — dodał, podnosząc się. Wyprostował się, głęboko oddychając. To było bardzo głupie i lekkomyślne. Nie powinniśmy się rozdzielać. Byłem bezbronny w tym stanie. Na dodatek on też coś przede mną ukrywał! Chorobę, do której nie chciał się przyznać. Kłótnia nie miałaby jakiegokolwiek sensu. Oparłem się o pień, wyszukując sylwetki Kristiana, jednak ta zniknęła w ciemnościach.
Kiedy się obudziłem, byłem tak słaby, że podniesienie się graniczyło z cudem. Oparłem się o kostur, ledwo co idąc. Jad zaczął rozprzestrzeniać się po moim ciele. Dostałem gorączki i dreszczy. Chwiałem się na uginających się nogach.
— To całkiem blisko — powiedział Kristian. Tyle, że powtarzał to już od dłuższego czasu! Jak dla mnie, to w ogóle się nie ruszaliśmy z miejsca! Miałem już tego dość. Nie obchodziło mnie już nic. Mogłem paść i umrzeć, no i dobrze. Chciałem po prostu by się to skończyło.
Kristian zatrzymał się, a wtedy na niego wpadłem. Uniosłem wzrok, a wtedy moim oczom ukazało się źródło leczniczej wody. Nie miałem co do tego wątpliwości. To był nasz cel!
— Wejdź tam — polecił. Nogi w ogóle mnie nie słuchały. Oparłem się na jego ramieniu. — Urijah... Wejdź do wody...
— Nie dam rady — westchnąłem. Zaczął mnie za sobą ciągnąć. Stanęliśmy w wodzie po kostki.
— Dalej... Musisz wejść cały — jęknął, usiłując wepchnąć mnie głębiej. Plątałem się, kręciło mi się w głowie. Wiedziałem o tym, ale moje ciało w ogóle mnie nie słuchało! Zupełnie jakbym stracił nad nim kontrolę! Moje powieki zatrzepotały. Musiałem stracić na chwilę przytomność, bo kiedy znów ją odzyskałem, moja głowa była już pod powierzchnią. Otworzyłem oczy, a wtedy ujrzałem przed sobą Kristiana. Wpadł do wody za mną.Obydwoje dźwignęliśmy się, cicho kaszląc.
— Moja noga... Czuję się znacznie lepiej i...
— Coś ty zrobił! — syknął, odgarniając kosmyki włosów z twarzy.
— Powinieneś być wdzięczny. Przynajmniej pozbędziesz się tych głupich dolegliwości z sercem! — zauważyłem, wskazując palcem jego pierś. Czy ja go wkurzyłem? Niby czym?
— Woda mi nie pomoże! — odparł sfrustrowany, dźwigając się. Wyszedł na brzeg, obejmując ramiona. Zaczął dygotać. — Rozpalę ognisko... Musimy się osuszyć — dodał, po czym odszedł.
Ja sam nie podnosiłem się przez pewien czas. Chciałem mieć pewność, że woda zadziała. Kiedy miałem pewność, że Kristian nie patrzy, wyciągnąłem z kieszeni płaszcza niewielką buteleczkę. Zanurzyłem ją, napełniając leczniczą wodą. Mogła mi się jeszcze przydać. Zakręciłem ją szczelnie, chowając z powrotem. Dopiero wtedy podniosłem się i ruszyłem w stronę brzegu.
Ognisko było już rozpalone. Kristian siedział skulony, dorzucając więcej drewna. Zerknął na mnie, po czym wydał z siebie burknięcie. Był zły. Znowu. Teraz, kiedy powróciły do mnie siły i noga przestała mnie boleć, czułem się wyśmienicie! Ściągnąłem płaszcz, a potem koszulę. Rozwiesiłem to wszystko na patykach wbitych w ziemię, by wszystko osuszyć.
— A ty? Jesteś cały mokry. Ubranie wyschnie szybciej, jeśli je zdejmiesz — zauważyłem.
— Elfy się nie rozbierają — odburknął.
— No tak, zapomniałem. Jesteście zbyt dumni. Tylko, że jesteś pół elfem! A to znaczy, że jesteś elfem i facetem! Faceci się rozbierają, no dalej! — poleciłem, ciągnąc go za rękaw. Szarpnął się.
— Jesteś... Jesteś nienormalny!
— To ty zadrwiłeś z elfickiej dziewicy! Obcięcie włosów jest w porządku, a zdjęcie koszuli już nie? Nie jesteś nawet w wiosce!
— Różnimy się, Urijah! — rzucił gniewnie, obejmując swoje ramiona. — To ty nazwałeś siebie bękartem, nie ja. Nie jesteś elfem, ty nie rozumiesz! Niczego nie rozumiesz!
— Bo ty mi nie pozwalasz nic zrozumieć! Dlaczego po prostu mi nie powiesz? O co chodzi? Masz uraz?
— Nie masz pojęcia co to znaczy być elfem... — westchnął ciężko. Ukrył głowę w w ramionach, opierając ją na swoich kolanach. Czy powiedziałem coś nie tak? Przez chwilę analizowałem wszystkie słowa, które padły z moich ust.
Zrozumiałem wtedy, że Kristian miał rację. Elfy różniły się od ludzi. Były dumne, uparte, no i bardzo piękne. Miał te wszystkie cechy. Jednak miał w sobie coś jeszcze. Coś człowieczego. Może to własnie tej rzeczy tak się wypierał.
Przysunąłem się w jego stronę. Miał zamiar siedzieć tak już zawsze? Skulony i zły? Westchnąłem cicho, po czym chwyciłem go za ucho.
— C-co... Co ty robisz! — rzucił zaskoczony, unosząc gwałtownie głowę. Zakrył uszy rękoma. Uśmiechnąłem się do siebie. Poskutkowało. — Kretyn — wymamrotał, pokrywając się rumieńcami.
— Tak lepiej — przyznałem.
— Dlaczego nie wrócisz do domu? — spytałem. Już od kilku godzin siedzieliśmy na drzewie. Myślałem, że może się przed kimś ukrywa, ale to nie była prawda. Siedział lekko osunięty, ze spuszczoną głową. Nie dbał o to czy ktoś go zauważy. Musiało chodzić o coś zupełnie innego.
— Nie mogę wrócić z twojego powodu — odparł, krzyżując luźno ramiona na piersi. Zerknął na mnie. Znów posłał mi te pozbawione emocji spojrzenie. — Mroczne elfki uwodzą mężczyzn i sprowadzają je do wiosek.
— A więc mężczyzna nie może przyprowadzić mężczyzny? Nawet przyjaciół? — spytałem. Westchnął cicho, lekko zirytowany.
— Nie jesteśmy przyjaciółmi — odparł. Osunął się jeszcze bardziej. — No i nie mam powodu, by ciebie tam zaprowadzać — dodał ciszej. Musiałem go czymś zdenerwować, aczkolwiek nie miałem pojęcia czym. Nie powiedziałem niczego złego. Nie wnikałem w to jednak. Nie znałem zwyczajów elfów. Może faktycznie nie powinienem zbliżać się do ich wioski?
Przyjrzałem mu się dokładnie. Miałem dar. Potrafiłem wyczytać wszystko z innego człowieka. Wokół Kristiana unosiła się dziwna aura. Coś ukrywał. Zmarszczyłem brwi. Chodziło o jego inność? Nie czuł się przynależny do wioski, by był tylko w połowie elfem?
— Też jestem bękartem — podjąłem. Uniósł wzrok, zdezorientowany moimi słowami. Przysunąłem się bliżej. — Moja matka była prostytutką. Nawet nie wiedziała kto jest moim ojcem.
— Nie musisz mi tego mówić — odparł. Uśmiechnąłem się.
— Nie czuję się źle z tego powodu. Cieszę się, że żyję. Ty opowiedziałeś mi o sobie. Uznałem, że sprawiedliwe będzie wyznać prawdę o mnie — powiedziałem. Kristian przez chwilę w ogóle się nie odzywał. Jakby myślał o czymś intensywnie. Uniósł jednak głowę, po czym zacisnął palce na gałęzi.
— Dlaczego wędrujesz? — spytał. Kąciki moich ust uniosły się.
— Szukam czegoś — przyznałem zgodnie z prawdą. — Skarbu. Znajduje się na północy.
— Nikt się tam nie zapuszcza o zdrowych zmysłach — mruknął. Wiedziałem o tym doskonale. Jednak nie miałem nic do stracenia. Byłem nikim ważnym. Urodziłem się bez celu. Chciałem jakoś wykorzystać to życie.
— Nie mam nic do stracenia — wzruszyłem ramionami, po czym zsunąłem się z gałęzi. Zeskoczyłem sprawnie na ziemię. Kristian zrobił to samo. Wylądował na ugiętych nogach obok mnie. Kiedy się wyprostował, zorientowałem się, że sięga mi do ramienia. Uśmiechnąłem się dyskretnie. Byłem pod wrażeniem. Taki niepozorny, a jednak miał w sobie tyle siły. Jego ramiona były dwa razy chudsze od moich. Dłonie tak samo. Delikatne i smukłe, jak przystało na elfa. Miały jednak w sobie tyle precyzji.
— Na co się gapisz? — rzucił nagle. Odwróciłem wzrok.
— Na twoje uszy — odparłem rozbawiony. Mogłem przysiąść, że się czerwieni. Poprawił kosmyki włosów, tak by mu je zakrywały. — Skoro nie chcesz przeprowadzić mnie przez wioskę elfów, pójdę sam... — oznajmiłem, ruszając przed siebie.
— Nie, czekaj! Stój...! — krzyknął za mną. Jego palce zdążyły musnąć mój płaszcz na plecach. W tej samej chwili poczułem paraliżujący ból, który ogarnął moją prawą nogę. Zachwiałem się, upadając na kolano. Zdusiłem w sobie jęk. Moja noga... Miałem wrażenie, że jej nie mam. Że została całkowicie odcięta.
Chwyciłem za zaciśnięte zasieki, ale nie miałem siły, by ich ruszyć.
— To nie jest sprawka elfów — oznajmił Kristian, klękając obok mnie. Rozciągnął wnyki, które po chwili wystrzeliły w bok i zacisnęły się ponownie. Dopiero wtedy krzyknąłem, widząc jak krew się ze mnie wylewa.
— Skoro nie ty rozstawiłeś te sidła, to kto... — jęknąłem.
— Nie ruszaj się! — syknął. Utrata krwi sprawiła, że zaczęło kręcić mi się w głowie. Nie mogłem odpłynąć. Nie w tym momencie! Długo z tym walczyłem, ale moje powieki były takie ciężkie. Nie potrafiłem nad nimi zapanować i po chwili straciłem przytomność.
Niczego nie pamiętałem. Byłem nieprzytomny, ale mimo wszystko czułem ból. Zawładnął całym moim ciałem, nie tylko nogą. Moje powieki otworzyły się leniwie. Czułem się okropnie. Zupełnie jakbym zapadł w głęboki sen, trwający kilka dni. Nie miałem pojęcia gdzie się znajduję. Wyczułem jednak pod sobą łóżko. Było to prawdziwe łóżko, nie mogłem się mylić! Musiało minąć kilka minut, by dotarło do mnie, że jestem w jakimś pokoju. Promienie słońca wpadły przez okno. Patrzyłem jak zwiewna zasłonka porusza się za sprawą delikatnego wiatru. Co to było za miejsce? Było piękne. Na ścianach wisiały obrazy i wstęgi. Łóżko otoczone było cienką zasłonką ze wszystkich stron. Po chwili ktoś odgarnął ją. Kristian! Podszedł do mnie, w ręku trzymając tacę, na której znajdowały się bandaże oraz smukła buteleczka.
— Obudziłeś się — powiedział. Usiadł obok mnie na łóżko, po czym dotknął mojego czoła. Jego brwi zmarszczyły się. — Dostałeś gorączki — dodał.
— Noga... — wychrypiałem. Mój głos brzmiał nędznie. Zaskoczył mnie sam jego dźwięk.
— Nie ruszaj się — polecił. Rozwinął opatrunek, po czym wylał na moją nogę zawartość buteleczki. Spodziewałem się poczuć ostre pieczenie nie do wytrzymania, ale myliłem się. Cokolwiek to było, przyniosło mi nagłe ukojenie.
— Co to za miejsce? Gdzie ja jestem? — zapytałem. Kristian nie odpowiedział od razu. Zajęty był zakładaniem opatrunku.
— Wioska mrocznych elfów — odparł. Kąciki moich ust uniosły się lekko. — Nie chciałem tego robić... Przyprowadzać cię tutaj. Wiedz, że gdyby nie sidła, nie... — urwał nagle. Wyraz jego twarzy całkowicie się zmienił. Jęknął głośno, kuląc się i łapiąc za pierś. Dźwignąłem się do siadu, całkowicie zdezorientowany.
— Co się dzieje? — spytałem, chcąc dotknąć jego ramię, ale się szarpnął Jego oczy... Widziałem w nich gniew.
— Zostaw! — krzyknął. Zacisnął mocno palce na swojej piersi.
— Krist...
— Zostaw mnie! Nie podnoś się! — polecił ostro. Lekko się zataczając, minął zasłonki, po czym zniknął mi z oczu. Co to znaczyło? Czy był to atak? Chodziło... O jego serce? Nie wiedziałem prawie nic o elfach. Nie miałem zatem pojęcia jak to interpretować. Może to normalne? A może jednak nie? Oczywiście, że bym za nim poszedł, ale moja noga mi na to nie pozwalała. Musiałem zatem zrezygnować z tego pomysłu. Ułożyłem się wygodnie z głośnym westchnieniem.
Spałem, kiedy poczułem nagle jak ktoś dotyka opatrunek na mojej nodze. Wzdrygnąłem się, otwierając ciężkie powieki. Słońce zaczęło chować się za horyzontem. Czy naprawdę spałem tyle godzin? Na łóżku obok mnie siedział Kristian. To on zmieniał bandaże. Obejrzałem go dokładnie. Wyglądał całkiem normalnie.
— Twoja noga nie jest w najlepszym stanie — podjął. Znów rozlał zawartość buteleczki. — Nawet leki elfów niewiele zdziałają. Zasieki pokryte były jadem. Już zaczął rozprzestrzeniać się po twojej nodze. Jeśli dalej tak pójdzie, przejdzie na twoje całe ciało — dodał. Poczułem nagły ucisk w piersi.
— Umrę? — spytałem. To nie mogło być możliwe... Byłem silny i wytrzymały. Zwalczę to. — Co mam robić?
— Udamy się wzdłuż rzeki — oznajmił. Zawiązał opatrunek, po czym uniósł na mnie wzrok. — Na samym końcu znajduje się źródło leczniczej wody. Tylko ona jest w stanie ci pomóc. Leczy ze wszystkich dolegliwości. Jednak musimy się spieszyć. Nie pozostało ci dużo czasu — westchnął.
— Wyruszmy od razu — poleciłem, czując ogarniającą mnie nadzieję. A więc nie było za późno! Kristian pokręcił jednak przecząco głową.
— Jesteś za słaby. Musisz nabrać sił. Wyruszymy jutro — odparł, podnosząc się. Zacisnąłem pięści.
— Co jeśli będzie za późno? — spytałem. Zatrzymał się i obejrzał za siebie.
— Nie będzie — zapewnił. Następnie wyszedł.
Irytowała mnie jego elficka pewność siebie i ten spokój. Skąd miałem mieć pewność, że jad nie rozprzestrzeni się po całym moim ciele tej nocy? Co prawda czułem znużenie, ale to nie był dla mnie problem.
I tak się wybudziłem, więc nie zamierzałem spać. Spałem wystarczająco długo. Dźwignąłem się do siadu, przysuwając w stronę okna. Oparłem się o parapet, wyglądając przez nie. Nie miałem możliwości przyjrzenia się wiosce. Byłem nieprzytomny kiedy mnie tutaj przyprowadzono. Teraz jednak nie mogłem wyjść z podziwu. Wioska była piękna. Zaczęło się zmierzchać, jednak było tu wciąż jasno. Była to zasługa jaśniejących kul, wyglądających jak gigantyczne świetliki. Unosiły się swobodnie. Na dodatek... Mogłem przyjrzeć się elfom! Prawdziwym mrocznym elfom! Kobiety ubrane były w zwiewne sukienki. Miały ciemne, bardzo długie włosy, związane w przeróżny sposób. Mężczyźni chodzili ubrani w płaszcze. Byłem oczarowany. Słyszałem opowieści wielu ludzi. Myślałem, że mroczne elfy są ludożercami. Teraz wiedziałem, że to nieprawda. Kristian był tego dowodem. Powstał ze związku elfickiej kobiety i mężczyzny.
Mimo, że nie byłem śpiący, postanowiłem położyć się, by przynajmniej zregenerować energię.
Już z samego rana mogłem stwierdzić, że Kristian jest zirytowany. Może był na mnie zły? Nie wiedziałem co go ugryzło, ale zachowywał się tak od tamtego dziwnego ataku. Nie pytałem go, bo byłem pewny, że i tak mnie zignoruje. Moja noga cała czas wyglądała paskudnie. Potrzebowałem podpory, by móc się poruszać. Nie zamierzałem się poddać, bez względu na to jak długa i męcząca będzie to podróż.
Na początku dziwnie się czułem jako jedyny człowiek w elfickiej wiosce, ale moje obawy były bezpodstawne. Większość elfek zatrzymywała się na mój widok i rumieniła. Chichotały, machały mi. Jednak na widok Kristiana, odchodziły z gniewem wymalowanym na twarzy. Już zdążyłem to zauważyć. Kristian nie był w ogóle lubiany przez elfickie kobiety. Chodziło o to, że był elfem tylko w połowie? Nie miało to w ogóle sensu. Musiał je do siebie zrazić. Każda rezygnowała z podejścia do mnie bliżej kiedy tylko wyłaniał się z cienia i przy mnie stawał.
Kiedy kolejna elfka odwróciła się na pięcie i odeszła, odwróciłem się do niego, zaciskając palce na lasce, którą mi dał do podpory. Był to raczej kostur. Mógł bez problemu służyć do obrony czy nawet ataku.
— Dlaczego tak reagują? — spytałem, kiedy opuściliśmy teren wioski. Skulił się, chowając lekko szyję w ramionach. Znów te rumieńce, zdradzające irytację! Wydał z siebie tylko ciche burknięcie. — Spławiłeś je?
— Nie — odburknął.
— Dlaczego więc tak ciebie nie lubią?
— To nieważne — odparł. Już ja wiedziałem co to za wzrok! Może i nie miałem swojej lubej, ale to nie zmieniało faktu, że potrafiłem dostrzec kiedy mężczyzna zmaga się z sercowymi problemami. Kristian był typem samotnika. Tak jak ja. Dlatego go doskonale rozumiałem. Uśmiechnąłem się lekko.
— Są naprawdę piękne — podjąłem. Pomyślałem, że szczera rozmowa faceta z facetem poprawi mu humor. — Mają takie długie włosy. To niesamowite!
— Nigdy ich nie obcinają — powiedział cicho, spuszczając wzrok. — Muszą pozostać długie. Mogą zapleść je dopiero kiedy przestają być dziewicami. Obcięcie ich jest haniebne — dodał. Zmarszczyłem lekko brwi.
— Dotykałeś je kiedyś? — spytałem.
— Tak — przyznał. Och... To mogłoby tłumaczyć dlaczego ma taki zły kontakt z elfkami.
— Czyżbyś... Zhańbił jakąś elficką dziewicę? — zapytałem. Kąciki jego ust uniosły się. Zerknął na mnie.
— Można tak powiedzieć — oznajmił. Mogłem się tego spodziewać po dumnych elfach. Pewnie nigdy mu tego nie zapomną. — Obciąłem włosy elfce — przyznał. Podejrzewałem, że nie chce mi się dalej zwierzać. Nie zamierzałem zatem naciskać.
— Wcale nie jesteś taki zły, jak one uważają. W końcu zapomną — powiedziałem. Chyba mnie po prostu zignorował. Postanowiłem zmienić temat i trochę zaryzykować. — Skoro woda, do której zmierzamy ma taką niesamowitą moc... Zgodziłeś się ze mną iść, ze względu na... Ten atak? — spytałem. Automatycznie złapał się za pierś, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu.
— Ta dolegliwość... Woda nie pomoże — odparł.
— Mówiłeś, że...
— Wiem co mówiłem... — przerwał mi. — Mi jednak nie pomoże.
Postanowiłem milczeć przez resztę drogi.
Musieliśmy zrobić postój ze względu na mnie. Kristian miał ze sobą elfickie leki, które zabrał z wioski, jednak one tylko usypiały mój ból. Tylko woda była w stanie powstrzymać jad. Czułem się coraz gorzej. Byłem coraz słabszy. Nie mogłem jednak się poddać. Oparłem głowę przy zwalonym pniu, widząc jak Kristian rozpala ognisko. Siedział po drugiej stronie ze spuszczoną głową. Wpatrywał się w płomienie.
— Nie mogę zmienić ciebie na warcie — westchnąłem ciężko.
— Warty nie są konieczne — odparł, wrzucając suchą gałązkę w ognisko. — Jesteśmy bezpieczni. Nikt nas nie zaatakuje — zapewnił. Pewnie rozstawił wnyki. Ufałem mu, jeśli o to chodzi.
— W takim razie śpij — poleciłem, przesuwając się w bok. Spojrzał na mnie zdezorientowany.
— Co ty robisz? — zdziwił się.
— To, że kobiety wprawiają cię w zakłopotanie jestem w stanie zrozumieć, ale ja jestem mężczyzną. Powinniśmy spać obok siebie. Będzie nam cieplej — zauważyłem. Zacisnął wargi, jakbym powiedział coś głupiego.
— Ale...
Wywróciłem oczami. Cholerna dumna elfów! Kristian był szczególnie upartym przypadkiem. W końcu jednak jakby się otrząsnął. Przysunął się, po czym położył obok, odwracając do mnie plecami. Też się odwróciłem, podkładając sobie ręce pod głowę. Zamknąłem oczy.
Nie minęło wcale dużo czasu, a poczułem jak Kristian się odsuwa, jak oparzony. Usiadł z boku. Jego elficka godność i dumna nie pozwalały mu na spanie przy drugim mężczyźnie? Nie to nie. Ja zamierzałem się wyspać, co i tak było trudne w tych warunkach.
Zorientowałem się nagle, że Kristianowi coś dolega. Pochylał się, a jego dłonie znów zaciskały się na jego piersi. To był ten atak! Dźwignąłem się z jękiem.
— Nie dotykaj mnie! — warknął, kiedy usiłowałem wyciągnąć w jego stronę rękę. — Przejdę się... — dodał, podnosząc się. Wyprostował się, głęboko oddychając. To było bardzo głupie i lekkomyślne. Nie powinniśmy się rozdzielać. Byłem bezbronny w tym stanie. Na dodatek on też coś przede mną ukrywał! Chorobę, do której nie chciał się przyznać. Kłótnia nie miałaby jakiegokolwiek sensu. Oparłem się o pień, wyszukując sylwetki Kristiana, jednak ta zniknęła w ciemnościach.
Kiedy się obudziłem, byłem tak słaby, że podniesienie się graniczyło z cudem. Oparłem się o kostur, ledwo co idąc. Jad zaczął rozprzestrzeniać się po moim ciele. Dostałem gorączki i dreszczy. Chwiałem się na uginających się nogach.
— To całkiem blisko — powiedział Kristian. Tyle, że powtarzał to już od dłuższego czasu! Jak dla mnie, to w ogóle się nie ruszaliśmy z miejsca! Miałem już tego dość. Nie obchodziło mnie już nic. Mogłem paść i umrzeć, no i dobrze. Chciałem po prostu by się to skończyło.
Kristian zatrzymał się, a wtedy na niego wpadłem. Uniosłem wzrok, a wtedy moim oczom ukazało się źródło leczniczej wody. Nie miałem co do tego wątpliwości. To był nasz cel!
— Wejdź tam — polecił. Nogi w ogóle mnie nie słuchały. Oparłem się na jego ramieniu. — Urijah... Wejdź do wody...
— Nie dam rady — westchnąłem. Zaczął mnie za sobą ciągnąć. Stanęliśmy w wodzie po kostki.
— Dalej... Musisz wejść cały — jęknął, usiłując wepchnąć mnie głębiej. Plątałem się, kręciło mi się w głowie. Wiedziałem o tym, ale moje ciało w ogóle mnie nie słuchało! Zupełnie jakbym stracił nad nim kontrolę! Moje powieki zatrzepotały. Musiałem stracić na chwilę przytomność, bo kiedy znów ją odzyskałem, moja głowa była już pod powierzchnią. Otworzyłem oczy, a wtedy ujrzałem przed sobą Kristiana. Wpadł do wody za mną.Obydwoje dźwignęliśmy się, cicho kaszląc.
— Moja noga... Czuję się znacznie lepiej i...
— Coś ty zrobił! — syknął, odgarniając kosmyki włosów z twarzy.
— Powinieneś być wdzięczny. Przynajmniej pozbędziesz się tych głupich dolegliwości z sercem! — zauważyłem, wskazując palcem jego pierś. Czy ja go wkurzyłem? Niby czym?
— Woda mi nie pomoże! — odparł sfrustrowany, dźwigając się. Wyszedł na brzeg, obejmując ramiona. Zaczął dygotać. — Rozpalę ognisko... Musimy się osuszyć — dodał, po czym odszedł.
Ja sam nie podnosiłem się przez pewien czas. Chciałem mieć pewność, że woda zadziała. Kiedy miałem pewność, że Kristian nie patrzy, wyciągnąłem z kieszeni płaszcza niewielką buteleczkę. Zanurzyłem ją, napełniając leczniczą wodą. Mogła mi się jeszcze przydać. Zakręciłem ją szczelnie, chowając z powrotem. Dopiero wtedy podniosłem się i ruszyłem w stronę brzegu.
Ognisko było już rozpalone. Kristian siedział skulony, dorzucając więcej drewna. Zerknął na mnie, po czym wydał z siebie burknięcie. Był zły. Znowu. Teraz, kiedy powróciły do mnie siły i noga przestała mnie boleć, czułem się wyśmienicie! Ściągnąłem płaszcz, a potem koszulę. Rozwiesiłem to wszystko na patykach wbitych w ziemię, by wszystko osuszyć.
— A ty? Jesteś cały mokry. Ubranie wyschnie szybciej, jeśli je zdejmiesz — zauważyłem.
— Elfy się nie rozbierają — odburknął.
— No tak, zapomniałem. Jesteście zbyt dumni. Tylko, że jesteś pół elfem! A to znaczy, że jesteś elfem i facetem! Faceci się rozbierają, no dalej! — poleciłem, ciągnąc go za rękaw. Szarpnął się.
— Jesteś... Jesteś nienormalny!
— To ty zadrwiłeś z elfickiej dziewicy! Obcięcie włosów jest w porządku, a zdjęcie koszuli już nie? Nie jesteś nawet w wiosce!
— Różnimy się, Urijah! — rzucił gniewnie, obejmując swoje ramiona. — To ty nazwałeś siebie bękartem, nie ja. Nie jesteś elfem, ty nie rozumiesz! Niczego nie rozumiesz!
— Bo ty mi nie pozwalasz nic zrozumieć! Dlaczego po prostu mi nie powiesz? O co chodzi? Masz uraz?
— Nie masz pojęcia co to znaczy być elfem... — westchnął ciężko. Ukrył głowę w w ramionach, opierając ją na swoich kolanach. Czy powiedziałem coś nie tak? Przez chwilę analizowałem wszystkie słowa, które padły z moich ust.
Zrozumiałem wtedy, że Kristian miał rację. Elfy różniły się od ludzi. Były dumne, uparte, no i bardzo piękne. Miał te wszystkie cechy. Jednak miał w sobie coś jeszcze. Coś człowieczego. Może to własnie tej rzeczy tak się wypierał.
Przysunąłem się w jego stronę. Miał zamiar siedzieć tak już zawsze? Skulony i zły? Westchnąłem cicho, po czym chwyciłem go za ucho.
— C-co... Co ty robisz! — rzucił zaskoczony, unosząc gwałtownie głowę. Zakrył uszy rękoma. Uśmiechnąłem się do siebie. Poskutkowało. — Kretyn — wymamrotał, pokrywając się rumieńcami.
— Tak lepiej — przyznałem.
sobota, 13 lipca 2019
Rozdział 1
Westchnąłem głośno, chowając miecz do pochwy. To była kolejna opustoszała wioska. Znów nie zastałem tu nikogo. Nie zamierzałem jednak rozpaczać. Może i wieśniacy zniknęli, ale przynajmniej zostawili cały dobytek. Mogłem się teraz obłowić. Otworzyłem drzwi jednego z domów, wchodząc do środka. Znalazłem jedzenie, co mnie usatysfakcjonowało. Nie musiałem zatem martwić się pożywieniem przez najbliższy czas.
Wędrowałem od kilku lat. Nie byłem wojownikiem, ale nie byłem również złodziejem. Po prostu musiałem coś robić, by przetrwać. Walczyłem tylko w swojej sprawie. Inni mnie nie obchodzili.
Rzuciłem się na łóżko, które stało w kącie. Było wyjątkowo wygodne! Z pewnością spała tu jakaś panienka. Pewnie nie byłaby zachwycona, gdyby dowiedziała się, że teraz ja z niego korzystam. No trudno. Podłożyłem sobie dłonie pod głowę, zamykając oczy. Byłem zmęczony długą wędrówką, dlatego postanowiłem się zdrzemnąć.
Zbudziły mnie jakieś odgłosy późnym wieczorem. Zaczęło się zmierzchać. Zdezorientowany dźwignąłem się, podchodząc do okna. Ktoś rozpalił ognisko. Słyszałem wyraźnie głosy. Wyszedłem zatem z domku, trzymając cały czas dłoń na swoim mieczu. Musiałem pozostać czujny. Ludzie, których ujrzałem nie byli rycerzami, więc odetchnąłem. Pewnie byli zwykłymi rozbójnikami, może tak samo jak ja podróżowali i napotkali opuszczoną wioskę. Nie bałem się. Mogłem bez problemu przy nich usiąść, a pewnie i tak wzięliby mnie za swojego.
Tak i zrobiłem. Po prostu usiałem przy ognisku, przyglądając się nim po kolei. Jeden z nich był obcy. Doskonale to wiedziałem. Wystarczyło na niego spojrzeć, by to stwierdzić. Siedział lekko zgarbiony, oparty o ścianę budynku. Miał pochyloną głowę, więc nie widziałem jego twarzy przez rzucany cień. Jego ubranie także się różniło. Musiał być jakimś łowcą. Doskonale potrafiłem wyczytać wszystkie informacje z innych. Taki posiadałem dar. Łowca był młody. Jego ciało nie było muskularne, co znaczyło, że nie jest wojownikiem. Przy jego boku znajdował się miecz, a po drugiej stronie noże. Kiedy odgarnął do tyłu ciemne kosmyki, mogłem przez chwilę ujrzeć rysy jego twarzy. Były ostre. Mimo odległości, mogłem bez trudu ujrzeć błękit jego oczu. Był znudzony. Być może nawet zirytowany. W ogóle się nie odzywał, po prostu patrzył w ogień. Wioska była idealnym miejscem dla złodziei i odmieńców. Nic dziwnego, że wszyscy obrali ją sobie za cel. Co prawda miałem nadzieję, że nie będę musiał z nikim się nią dzielić, ale nie miałem na to wpływu.
— Poszczęściło się nam! — usłyszałem. Odwróciłem się przez ramię, widząc jednego z mężczyzn, idącego w naszą stronę. — W wiosce nie ma żadnych mężczyzn! Pewnie wyruszyli albo zostali zabici. Za to kobiety ukrywają się pod ziemią! — oznajmił. Popchnął kogoś. Kobieta! Upadła na kolana, drżąc ze strachu. Wszystkich podnieciły te słowa. Rzucili się na nią, zaciskając palce na jej ciele. Przez chwilę krzyczała, ale potem jej głos został całkowicie zduszony w jej gardle.
Nie interesowały mnie gwałty. Nie byłem takim mężczyzną. Nie dbałem o zaspokajanie swoich seksualnych potrzeb. Ujrzałem jednak jak łowca, który siedział po drugiej stronie podnosi się. Ruszył w kierunku grupki mężczyzn, którzy znęcali się nad kobietą.
— Ustaw się w kolejce, skoro jesteś chętny.
Kąciki jego ust uniosły się, ale mimo wszystko ujrzałem żyłę, wspinającą się po jego szyi.
— Świnie — powiedział cicho. Jego ręka wystrzeliła do przodu. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że trzyma nóż. Wszyscy byli zdezorientowani, bo nic się nie stało. A przynajmniej tak się im zdawało. Sam byłem w szoku, ale kiedy się zbliżyłem, zrozumiałem co zaszło. Do moich uszu dobiegł krzyk mężczyzny. U jego stóp leżało odcięte przyrodzenie.
Mocno mnie to rozbawiło, chociaż nie powinno. To jednak wystarczyło, by wszyscy odsunęli się od kobiety i uciekli. Wyszło na to, że zostałem tylko ja. Oczywiście nie obawiałem się stratą męskości. Nie bałem się. Łowca był z pewnością utalentowany i szybki. Mimo wszystko nie należał do rosłych mężczyzn. Był ode mnie niższy i drobniejszy. Byłem pewny, że pojedynek na siłę wygram ja.
Mimo, że byłem gotowy na taką ewentualność, ujrzałem jak chowa nóż za pas, jakby doskonale wiedział, że nie stanowię zagrożenia. Wyraz jego twarzy był surowy, ale obojętny. Kopnął leżące przyrodzenie w stronę ogniska. Beznamiętnie patrzył jak płonie.
Usłyszeliśmy cichy kaszel kobiety. Leżała na ziemi, obejmując swoje ciało. Z jej nosa leciała krew. Łowca uklęknął przy niej, wsuwając dłoń pod jej głowę. Uniósł ją lekko.
— Ja... P-roszę...— wyszeptała. Dotknęła jego piersi, a wtedy kąciki jej ust uniosły się. Następnie jej głowa opadła do tyłu, a dłoń zsunęła się powoli. Usłyszałem westchnienie mężczyzny. Ułożył ją na ziemi, po czym sięgnął po nóż. Rozciął jej sukienkę.
— Co robisz? — spytałem. Myślałem, że chciał jej pomóc. On jednak nic nie odpowiedział. Ujrzałem jak nacina jej skórę. — C-co... Ona umiera — zauważyłem, klękając obok.
Uniósł wzrok, patrząc na mnie. Jego spojrzenie było lodowe. Błękit jego oczu nie mógł równać się z niczym. Gdyby ogień mógł płonąć na niebiesko, tak właśnie by wyglądał. Postanowiłem nie zadawać pytań. Łowca rozciął brzuch kobiety. Wsunął palce w ranę. Z jej gardła wydobył się zduszony jęk. Po chwili byłem świadkiem, jak wyciąga z niej płód. Dziecko... Zakrwawione i małe. Ułożył je na jej piersi, a wtedy jej dłonie uniosły się. Ujęła dziecko.
— D-dzięk... Uję... — wydyszała. Jej wargi dotknęły główki dziecka. Następnie jej powieki zamknęły się, a pierś przestała się unosić.
Łowca podniósł się, odwracając. Dźwignąłem się prędko.
— Dlaczego to zrobiłeś? Skąd wiedziałeś? — spytałem zaskoczony. Dlaczego był taki niewzruszony?! Ręce mi drżały, mimo że tylko się gapiłem, a on? Na jego twarzy nie malowało się nic prócz obojętności.
— I tak oboje by umarli. Przynajmniej mogła wziąć swoje dziecko w ramiona — powiedział cicho.
— Czy to nie zbyt okrutne? A dziecko?
— Jest za małe i słabe, by przeżyć — odparł. Zerknąłem za siebie. Dziecko żyło! Widziałem jak się rusza. Dotykało jej piersi.
— Podobno ukrywa się tu więcej kobiet... Któraś może się nim zająć — zauważyłem. Nie zareagował. Westchnąłem głośno, po czym uklęknąłem przy kobiecie, wyplątując z jej ramion dziecko. Owinąłem je w kawałek jej sukienki, po czym ruszyłem wgłąb wioski. Gdzie była tak kryjówka! Tamten mężczyzna mówił coś o podziemiach...
Ujrzałem drewnianą klapę. Ukryta była pod starym powozem bez kół. Odepchnąłem go na bok, klękając na jedno kolano. Chwyciłem ręką za metalową obręcz, ciągnąć ją do góry. Klapa uległą. Ujrzałem światło. To był znak, że ktoś się tu ukrywa. Do moich uszu dobiegły krzyki kobiet. Naprawdę tu były. Zsunąłem się po drabince w dół. Pochodnie w ścianach oświetlały dobrze całe to pomieszczenie. Zacząłem się rozglądać. W kącie siedziała młoda kobieta z zawiniątkiem na rękach. Musiała płakać od dłuższego czasu. Jej oczy były czerwone. Podszedłem bliżej, na co się skuliła. Wszystkie pozostałe kobiety były zbyt przerażone. Odchyliłem materiał okrywający zawiniątko, a wtedy moim oczom ukazała się czaszka. Najmniejsza czaszka jaką kiedykolwiek widziałem. Westchnąłem cicho, po czym wsunąłem w jej ramiona drugie zawiniątko, to które przyniosłem. Zsunęła z niego materiał sukienki drżącymi rękoma. Jej oczy otworzyły się szeroko. Przytuliła dziecko do piersi. To mi wystarczało.
Wycofałem się, wychodząc na powierzchnię.
Ciało kobiety zniknęło, tak samo jak łowca. Dziwnie się czułem. Perspektywa pozostawania dłużej w tej wiosce traciła sens. Mężczyźni mogli wrócić do niej w każdej chwili. Wolałem zatem odejść. I tak nigdy nie zagrzewałem nigdzie miejsca na długo. Wyruszyłem z samego rana, kierując się na północ. Nie znałem tych lasów i nie wiedziałem nawet jaka znajduje się w nich zwierzyna. To jednak nie mnie powstrzymywało. Doskonale władałem bronią.
Szedłem przez gęste krzaczory, plącząc się w trawie. Po chwili zatrzymałem się. Spojrzałem pod nogi, a wtedy kąciki moich ust uniosły się. Pułapka. Przeszedłem nad nią. Wolałem nie wpaść w jakiejś sidła. Ominąłem zasieki. Osoba, która je rozstawiła, musiała doskonale znać ten las. Ledwo co o tym pomyślałem, a usłyszałem dziwny dźwięk. Jęknąłem zdezorientowany, czując jak coś zaciska się na mojej nodze. Zostałem poderwany do góry, tak że zawisłem głową do dołu. Byłem zirytowany. Nigdy nie pozwalałem przeciwnikom, by mnie zaskakiwali! Jak to możliwe, że przeoczyłem kolejne sidła? Kto je zastawił? No i na co? Niedźwiedzie? A może... Ktoś polował na ludzi...
Słyszałem o ludożerczych elfach, ale to niemożliwe, by mieszkały w okolicy! Był to dziki lud, bardzo niebezpieczny. Czyżbym zapuścił się na ich tereny?
Na szczęście moje ręce były wolne. Wyciągnąłem ręce w kierunku kostki, wokół której zacisnął się sznur. Był gruby. Chwyciłem miecz, przecinając go. Upadłem ciężko na plecy, czując jak ulatuje ze mnie powietrze. Dźwignąłem się lekko oszołomiony, opierając o ostrze. Musiałem pozostać czujny. To pewnie był dopiero początek pułapek. Podejrzewałem, że im głębiej się zapuszczę, tym będą na mnie czekać niebezpieczniejsze rzeczy.
Zaczesałem do tyłu przydługie kosmyki włosów. Nie dam się ponownie zaskoczyć. Zebrałem włosy z tyłu głowy, zabierając je z oczu. Nie pozwolę jakimś dzikusom, by ze mną wygrali. Związałem je, po czym nie chowając miecza, ruszyłem przed siebie.
Minąłem kilka mniejszych zasieków, ciągle pozostając czujnym. W końcu dotarłem do wody. W środku lasu płynęły rzeka. Będzie rozsądne jeśli pójdę wzdłuż niej. Tak więc i uczyniłem. Ruszyłem wzdłuż rzeki, puki do moich uszu nie dobiegły dźwięki z oddali. Przystanąłem, nasłuchując. Głosy były... Kobiece! Wychyliłem się zza drzewa. To były elfki! Młode elfki, bawiły się w wodzie! Wdrapałem się na drzewo, by lepiej je widzieć. Ich skóra była naprawdę blada i nieskazitelna. Oparłem brodę na ręku, ukrywając się wśród gałęzi. Nie na co dzień widzi się nagie elfki. Nie zamierzałem ich skrzywdzić. Byłem samotnie podróżującym mężczyzną, który całkowicie wyrzekł się życia seksualnego. Chciałem chociaż teraz nacieszyć wzrok.
— Lepiej siedź cicho. Są bardzo płochliwe — usłyszałem. Zdezorientowany chwyciłem mocno gałęzi, prawie z niej spadając. Dopiero teraz go ujrzałem. Łowce, którego spotkałem poprzedniej nocy! Siedział na grubej gałęzi, oparty o pień drzewa. W ogóle go nie zauważyłem w pierwszej chwili. Czyżby tak jak ja, obserwował kąpiące się elfki?
— To ty — zauważyłem. — Zabijesz mnie, za to? Sam je podglądasz — dodałem lekko zirytowany. Jego usta rozciągnęły się w uśmiechu. Co prawda siedział tyłem, ale i tak byłem pewny, że podglądał! Pewnie chciał mieć ten widok tylko dla siebie.
— Ja?
— Pamiętam co zrobiłeś temu mężczyźnie — oznajmiłem. Bez skrupułów odciął mu przyrodzenie. Chciał zrobić to samo mi? Łowca spojrzał na mnie, wyraźnie rozbawiony.
— Elfy są bardzo zazdrosne — podjął. Zaczął bawić się nożem. — Jeśli spłoszysz elfki, przestraszone uciekną. Jednak chwilę potem zjawią się tu elficcy mężczyźni. Zabiją ciebie, więc ja nie będę już musiał tego robić — dodał.
— Nie zamierzam je przestraszyć, ani skrzywdzić — odparłem. — A ty? Co tu robisz?
— Czekam aż odejdą — powiedział. Jasne.
— Czy to mroczne elfy? — spytałem, zerkając ponownie na elfki.
— Nie. Są leśne. Ich wioska znajduje się po drugiej stronie rzeki. Nie są groźne. Chyba, że się wkurzą za to, że je podglądasz.
Elfki wyszły z wody. Założyły sukienki, po czym odeszły. Westchnąłem cicho, siadając wygodnie na gałęzi.
— To ty rozstawiasz sidła? — spytałem. Spojrzał na mnie, po czym się uśmiechnął. Wskazał ostrzem noża moje czoło.
— Widzę, że przetestowałeś moją pułapkę na niedźwiedzie — odparł rozbawiony. Dotknąłem czoła. Dopiero teraz wyczułem wypuklenie. Musiałem nabić sobie guza. — Nie przetrwasz sam w tych lasach — dodał.
— A ty? Nie martwisz się o siebie? Jestem silny, nie boję się.
— Mam od ciebie więcej w głowie. Twoja siła na nic się zda. Ten las to mój dom — powiedział. Zmarszczyłem brwi.
— Jesteś oszustem — westchnąłem. Byłem silny, ale i inteligentny. Doskonale wiedziałem, że te lasy są zamieszkiwane tylko przez elfy. Nie możliwe zatem było, by pochodził z jakiejś ludzkiej wioski, ponieważ żadnej tu nie było. — Jesteś włóczęga. Tak jak ja — zauważyłem. Westchnął cicho, opierając czoło o rękę. Czy on...
— Kretyn.
— Hej, nie pozwalaj sobie! — rzuciłem gniewnie. — Prawda jest taka, że jesteś zwykłym...
Zmarszczyłem brwi, patrząc jeszcze raz w stronę jego twarzy. Błękitne oczy, ostre rysy twarzy, ciemne włosy... Miał niespotykaną urodę. Nie spotkałem jeszcze tak wyglądającego mężczyzny. Jego skóra była gładka, a uszy... Czubki jego uszu były lekko wydłużone. Na pierwszy rzut oka wyglądały całkiem normalnie, ale po dłużej chwili namysłu zrozumiałem wszystko. Brak zarostu tylko to potwierdzał.
— Jesteś elfem...
Łowca uśmiechnął się.
— Pytałeś o mroczne elfy — przypomniał. Zesztywniałem. Mroczne elfy były ludożercami! Cofnąłem się, prawie spadając z gałęzi. Roześmiał się, ale tak szczerze. Chwyciłem miecz, ale nie wyciągnąłem go z pochwy. — Nie jestem elfem. Nie w pełni — oparł, opierając się wygonie o pień.
— Co to znaczy? — spytałem. Podłożył sobie ręce pod głowę.
— A jednak kretyn — westchnął, wpatrując się przed siebie. — Moja matka była mrocznym elfem, ojciec człowiekiem.
— Nie zjesz mnie...
— Obrzydlistwo — odparł. Odetchnąłem z ulgi, co go rozbawiło. — Boisz się, wielkoludzie?
— Nie... — powiedziałem. — Jestem Urijah...
— Kristain — odpowiedział. — Ludzie nie powinni przychodzić do tego lasu. Zwróć — polecił. Nie mogłem zawrócić! To nie miałoby sensu.
— A ty?
— Jestem pół elfem. Mieszkam tu — zauważył. Skrzyżowałem ramiona na piersi.
— A jednak oszust — westchnąłem. Spojrzał na mnie zdezorientowany. — Powiedziałeś, że twoim ojcem jest człowiek.
Jego policzki się zarumieniły. Myślał, że tak po prostu mnie wystraszy i zmusi do odejścia? Prawda była taka, że chciał przychodzić tu, siadając na drzewie i oglądać leśne elfki, które biorą kąpiel.
— Mam na myśli... Nie powinieneś być tu sam... Elfy nie są ufne i...
— Jestem z tobą — zauważyłem z uśmiechem. Moje słowa wprawiły go w zakłopotanie. Mimo wszystko nic nie odpowiedział. Byłem zaintrygowany. Na pewno nie zawrócę! Nie po tym, jak poznałem taką osobę...
Wędrowałem od kilku lat. Nie byłem wojownikiem, ale nie byłem również złodziejem. Po prostu musiałem coś robić, by przetrwać. Walczyłem tylko w swojej sprawie. Inni mnie nie obchodzili.
Rzuciłem się na łóżko, które stało w kącie. Było wyjątkowo wygodne! Z pewnością spała tu jakaś panienka. Pewnie nie byłaby zachwycona, gdyby dowiedziała się, że teraz ja z niego korzystam. No trudno. Podłożyłem sobie dłonie pod głowę, zamykając oczy. Byłem zmęczony długą wędrówką, dlatego postanowiłem się zdrzemnąć.
Zbudziły mnie jakieś odgłosy późnym wieczorem. Zaczęło się zmierzchać. Zdezorientowany dźwignąłem się, podchodząc do okna. Ktoś rozpalił ognisko. Słyszałem wyraźnie głosy. Wyszedłem zatem z domku, trzymając cały czas dłoń na swoim mieczu. Musiałem pozostać czujny. Ludzie, których ujrzałem nie byli rycerzami, więc odetchnąłem. Pewnie byli zwykłymi rozbójnikami, może tak samo jak ja podróżowali i napotkali opuszczoną wioskę. Nie bałem się. Mogłem bez problemu przy nich usiąść, a pewnie i tak wzięliby mnie za swojego.
Tak i zrobiłem. Po prostu usiałem przy ognisku, przyglądając się nim po kolei. Jeden z nich był obcy. Doskonale to wiedziałem. Wystarczyło na niego spojrzeć, by to stwierdzić. Siedział lekko zgarbiony, oparty o ścianę budynku. Miał pochyloną głowę, więc nie widziałem jego twarzy przez rzucany cień. Jego ubranie także się różniło. Musiał być jakimś łowcą. Doskonale potrafiłem wyczytać wszystkie informacje z innych. Taki posiadałem dar. Łowca był młody. Jego ciało nie było muskularne, co znaczyło, że nie jest wojownikiem. Przy jego boku znajdował się miecz, a po drugiej stronie noże. Kiedy odgarnął do tyłu ciemne kosmyki, mogłem przez chwilę ujrzeć rysy jego twarzy. Były ostre. Mimo odległości, mogłem bez trudu ujrzeć błękit jego oczu. Był znudzony. Być może nawet zirytowany. W ogóle się nie odzywał, po prostu patrzył w ogień. Wioska była idealnym miejscem dla złodziei i odmieńców. Nic dziwnego, że wszyscy obrali ją sobie za cel. Co prawda miałem nadzieję, że nie będę musiał z nikim się nią dzielić, ale nie miałem na to wpływu.
— Poszczęściło się nam! — usłyszałem. Odwróciłem się przez ramię, widząc jednego z mężczyzn, idącego w naszą stronę. — W wiosce nie ma żadnych mężczyzn! Pewnie wyruszyli albo zostali zabici. Za to kobiety ukrywają się pod ziemią! — oznajmił. Popchnął kogoś. Kobieta! Upadła na kolana, drżąc ze strachu. Wszystkich podnieciły te słowa. Rzucili się na nią, zaciskając palce na jej ciele. Przez chwilę krzyczała, ale potem jej głos został całkowicie zduszony w jej gardle.
Nie interesowały mnie gwałty. Nie byłem takim mężczyzną. Nie dbałem o zaspokajanie swoich seksualnych potrzeb. Ujrzałem jednak jak łowca, który siedział po drugiej stronie podnosi się. Ruszył w kierunku grupki mężczyzn, którzy znęcali się nad kobietą.
— Ustaw się w kolejce, skoro jesteś chętny.
Kąciki jego ust uniosły się, ale mimo wszystko ujrzałem żyłę, wspinającą się po jego szyi.
— Świnie — powiedział cicho. Jego ręka wystrzeliła do przodu. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że trzyma nóż. Wszyscy byli zdezorientowani, bo nic się nie stało. A przynajmniej tak się im zdawało. Sam byłem w szoku, ale kiedy się zbliżyłem, zrozumiałem co zaszło. Do moich uszu dobiegł krzyk mężczyzny. U jego stóp leżało odcięte przyrodzenie.
Mocno mnie to rozbawiło, chociaż nie powinno. To jednak wystarczyło, by wszyscy odsunęli się od kobiety i uciekli. Wyszło na to, że zostałem tylko ja. Oczywiście nie obawiałem się stratą męskości. Nie bałem się. Łowca był z pewnością utalentowany i szybki. Mimo wszystko nie należał do rosłych mężczyzn. Był ode mnie niższy i drobniejszy. Byłem pewny, że pojedynek na siłę wygram ja.
Mimo, że byłem gotowy na taką ewentualność, ujrzałem jak chowa nóż za pas, jakby doskonale wiedział, że nie stanowię zagrożenia. Wyraz jego twarzy był surowy, ale obojętny. Kopnął leżące przyrodzenie w stronę ogniska. Beznamiętnie patrzył jak płonie.
Usłyszeliśmy cichy kaszel kobiety. Leżała na ziemi, obejmując swoje ciało. Z jej nosa leciała krew. Łowca uklęknął przy niej, wsuwając dłoń pod jej głowę. Uniósł ją lekko.
— Ja... P-roszę...— wyszeptała. Dotknęła jego piersi, a wtedy kąciki jej ust uniosły się. Następnie jej głowa opadła do tyłu, a dłoń zsunęła się powoli. Usłyszałem westchnienie mężczyzny. Ułożył ją na ziemi, po czym sięgnął po nóż. Rozciął jej sukienkę.
— Co robisz? — spytałem. Myślałem, że chciał jej pomóc. On jednak nic nie odpowiedział. Ujrzałem jak nacina jej skórę. — C-co... Ona umiera — zauważyłem, klękając obok.
Uniósł wzrok, patrząc na mnie. Jego spojrzenie było lodowe. Błękit jego oczu nie mógł równać się z niczym. Gdyby ogień mógł płonąć na niebiesko, tak właśnie by wyglądał. Postanowiłem nie zadawać pytań. Łowca rozciął brzuch kobiety. Wsunął palce w ranę. Z jej gardła wydobył się zduszony jęk. Po chwili byłem świadkiem, jak wyciąga z niej płód. Dziecko... Zakrwawione i małe. Ułożył je na jej piersi, a wtedy jej dłonie uniosły się. Ujęła dziecko.
— D-dzięk... Uję... — wydyszała. Jej wargi dotknęły główki dziecka. Następnie jej powieki zamknęły się, a pierś przestała się unosić.
Łowca podniósł się, odwracając. Dźwignąłem się prędko.
— Dlaczego to zrobiłeś? Skąd wiedziałeś? — spytałem zaskoczony. Dlaczego był taki niewzruszony?! Ręce mi drżały, mimo że tylko się gapiłem, a on? Na jego twarzy nie malowało się nic prócz obojętności.
— I tak oboje by umarli. Przynajmniej mogła wziąć swoje dziecko w ramiona — powiedział cicho.
— Czy to nie zbyt okrutne? A dziecko?
— Jest za małe i słabe, by przeżyć — odparł. Zerknąłem za siebie. Dziecko żyło! Widziałem jak się rusza. Dotykało jej piersi.
— Podobno ukrywa się tu więcej kobiet... Któraś może się nim zająć — zauważyłem. Nie zareagował. Westchnąłem głośno, po czym uklęknąłem przy kobiecie, wyplątując z jej ramion dziecko. Owinąłem je w kawałek jej sukienki, po czym ruszyłem wgłąb wioski. Gdzie była tak kryjówka! Tamten mężczyzna mówił coś o podziemiach...
Ujrzałem drewnianą klapę. Ukryta była pod starym powozem bez kół. Odepchnąłem go na bok, klękając na jedno kolano. Chwyciłem ręką za metalową obręcz, ciągnąć ją do góry. Klapa uległą. Ujrzałem światło. To był znak, że ktoś się tu ukrywa. Do moich uszu dobiegły krzyki kobiet. Naprawdę tu były. Zsunąłem się po drabince w dół. Pochodnie w ścianach oświetlały dobrze całe to pomieszczenie. Zacząłem się rozglądać. W kącie siedziała młoda kobieta z zawiniątkiem na rękach. Musiała płakać od dłuższego czasu. Jej oczy były czerwone. Podszedłem bliżej, na co się skuliła. Wszystkie pozostałe kobiety były zbyt przerażone. Odchyliłem materiał okrywający zawiniątko, a wtedy moim oczom ukazała się czaszka. Najmniejsza czaszka jaką kiedykolwiek widziałem. Westchnąłem cicho, po czym wsunąłem w jej ramiona drugie zawiniątko, to które przyniosłem. Zsunęła z niego materiał sukienki drżącymi rękoma. Jej oczy otworzyły się szeroko. Przytuliła dziecko do piersi. To mi wystarczało.
Wycofałem się, wychodząc na powierzchnię.
Ciało kobiety zniknęło, tak samo jak łowca. Dziwnie się czułem. Perspektywa pozostawania dłużej w tej wiosce traciła sens. Mężczyźni mogli wrócić do niej w każdej chwili. Wolałem zatem odejść. I tak nigdy nie zagrzewałem nigdzie miejsca na długo. Wyruszyłem z samego rana, kierując się na północ. Nie znałem tych lasów i nie wiedziałem nawet jaka znajduje się w nich zwierzyna. To jednak nie mnie powstrzymywało. Doskonale władałem bronią.
Szedłem przez gęste krzaczory, plącząc się w trawie. Po chwili zatrzymałem się. Spojrzałem pod nogi, a wtedy kąciki moich ust uniosły się. Pułapka. Przeszedłem nad nią. Wolałem nie wpaść w jakiejś sidła. Ominąłem zasieki. Osoba, która je rozstawiła, musiała doskonale znać ten las. Ledwo co o tym pomyślałem, a usłyszałem dziwny dźwięk. Jęknąłem zdezorientowany, czując jak coś zaciska się na mojej nodze. Zostałem poderwany do góry, tak że zawisłem głową do dołu. Byłem zirytowany. Nigdy nie pozwalałem przeciwnikom, by mnie zaskakiwali! Jak to możliwe, że przeoczyłem kolejne sidła? Kto je zastawił? No i na co? Niedźwiedzie? A może... Ktoś polował na ludzi...
Słyszałem o ludożerczych elfach, ale to niemożliwe, by mieszkały w okolicy! Był to dziki lud, bardzo niebezpieczny. Czyżbym zapuścił się na ich tereny?
Na szczęście moje ręce były wolne. Wyciągnąłem ręce w kierunku kostki, wokół której zacisnął się sznur. Był gruby. Chwyciłem miecz, przecinając go. Upadłem ciężko na plecy, czując jak ulatuje ze mnie powietrze. Dźwignąłem się lekko oszołomiony, opierając o ostrze. Musiałem pozostać czujny. To pewnie był dopiero początek pułapek. Podejrzewałem, że im głębiej się zapuszczę, tym będą na mnie czekać niebezpieczniejsze rzeczy.
Zaczesałem do tyłu przydługie kosmyki włosów. Nie dam się ponownie zaskoczyć. Zebrałem włosy z tyłu głowy, zabierając je z oczu. Nie pozwolę jakimś dzikusom, by ze mną wygrali. Związałem je, po czym nie chowając miecza, ruszyłem przed siebie.
Minąłem kilka mniejszych zasieków, ciągle pozostając czujnym. W końcu dotarłem do wody. W środku lasu płynęły rzeka. Będzie rozsądne jeśli pójdę wzdłuż niej. Tak więc i uczyniłem. Ruszyłem wzdłuż rzeki, puki do moich uszu nie dobiegły dźwięki z oddali. Przystanąłem, nasłuchując. Głosy były... Kobiece! Wychyliłem się zza drzewa. To były elfki! Młode elfki, bawiły się w wodzie! Wdrapałem się na drzewo, by lepiej je widzieć. Ich skóra była naprawdę blada i nieskazitelna. Oparłem brodę na ręku, ukrywając się wśród gałęzi. Nie na co dzień widzi się nagie elfki. Nie zamierzałem ich skrzywdzić. Byłem samotnie podróżującym mężczyzną, który całkowicie wyrzekł się życia seksualnego. Chciałem chociaż teraz nacieszyć wzrok.
— Lepiej siedź cicho. Są bardzo płochliwe — usłyszałem. Zdezorientowany chwyciłem mocno gałęzi, prawie z niej spadając. Dopiero teraz go ujrzałem. Łowce, którego spotkałem poprzedniej nocy! Siedział na grubej gałęzi, oparty o pień drzewa. W ogóle go nie zauważyłem w pierwszej chwili. Czyżby tak jak ja, obserwował kąpiące się elfki?
— To ty — zauważyłem. — Zabijesz mnie, za to? Sam je podglądasz — dodałem lekko zirytowany. Jego usta rozciągnęły się w uśmiechu. Co prawda siedział tyłem, ale i tak byłem pewny, że podglądał! Pewnie chciał mieć ten widok tylko dla siebie.
— Ja?
— Pamiętam co zrobiłeś temu mężczyźnie — oznajmiłem. Bez skrupułów odciął mu przyrodzenie. Chciał zrobić to samo mi? Łowca spojrzał na mnie, wyraźnie rozbawiony.
— Elfy są bardzo zazdrosne — podjął. Zaczął bawić się nożem. — Jeśli spłoszysz elfki, przestraszone uciekną. Jednak chwilę potem zjawią się tu elficcy mężczyźni. Zabiją ciebie, więc ja nie będę już musiał tego robić — dodał.
— Nie zamierzam je przestraszyć, ani skrzywdzić — odparłem. — A ty? Co tu robisz?
— Czekam aż odejdą — powiedział. Jasne.
— Czy to mroczne elfy? — spytałem, zerkając ponownie na elfki.
— Nie. Są leśne. Ich wioska znajduje się po drugiej stronie rzeki. Nie są groźne. Chyba, że się wkurzą za to, że je podglądasz.
Elfki wyszły z wody. Założyły sukienki, po czym odeszły. Westchnąłem cicho, siadając wygodnie na gałęzi.
— To ty rozstawiasz sidła? — spytałem. Spojrzał na mnie, po czym się uśmiechnął. Wskazał ostrzem noża moje czoło.
— Widzę, że przetestowałeś moją pułapkę na niedźwiedzie — odparł rozbawiony. Dotknąłem czoła. Dopiero teraz wyczułem wypuklenie. Musiałem nabić sobie guza. — Nie przetrwasz sam w tych lasach — dodał.
— A ty? Nie martwisz się o siebie? Jestem silny, nie boję się.
— Mam od ciebie więcej w głowie. Twoja siła na nic się zda. Ten las to mój dom — powiedział. Zmarszczyłem brwi.
— Jesteś oszustem — westchnąłem. Byłem silny, ale i inteligentny. Doskonale wiedziałem, że te lasy są zamieszkiwane tylko przez elfy. Nie możliwe zatem było, by pochodził z jakiejś ludzkiej wioski, ponieważ żadnej tu nie było. — Jesteś włóczęga. Tak jak ja — zauważyłem. Westchnął cicho, opierając czoło o rękę. Czy on...
— Kretyn.
— Hej, nie pozwalaj sobie! — rzuciłem gniewnie. — Prawda jest taka, że jesteś zwykłym...
Zmarszczyłem brwi, patrząc jeszcze raz w stronę jego twarzy. Błękitne oczy, ostre rysy twarzy, ciemne włosy... Miał niespotykaną urodę. Nie spotkałem jeszcze tak wyglądającego mężczyzny. Jego skóra była gładka, a uszy... Czubki jego uszu były lekko wydłużone. Na pierwszy rzut oka wyglądały całkiem normalnie, ale po dłużej chwili namysłu zrozumiałem wszystko. Brak zarostu tylko to potwierdzał.
— Jesteś elfem...
Łowca uśmiechnął się.
— Pytałeś o mroczne elfy — przypomniał. Zesztywniałem. Mroczne elfy były ludożercami! Cofnąłem się, prawie spadając z gałęzi. Roześmiał się, ale tak szczerze. Chwyciłem miecz, ale nie wyciągnąłem go z pochwy. — Nie jestem elfem. Nie w pełni — oparł, opierając się wygonie o pień.
— Co to znaczy? — spytałem. Podłożył sobie ręce pod głowę.
— A jednak kretyn — westchnął, wpatrując się przed siebie. — Moja matka była mrocznym elfem, ojciec człowiekiem.
— Nie zjesz mnie...
— Obrzydlistwo — odparł. Odetchnąłem z ulgi, co go rozbawiło. — Boisz się, wielkoludzie?
— Nie... — powiedziałem. — Jestem Urijah...
— Kristain — odpowiedział. — Ludzie nie powinni przychodzić do tego lasu. Zwróć — polecił. Nie mogłem zawrócić! To nie miałoby sensu.
— A ty?
— Jestem pół elfem. Mieszkam tu — zauważył. Skrzyżowałem ramiona na piersi.
— A jednak oszust — westchnąłem. Spojrzał na mnie zdezorientowany. — Powiedziałeś, że twoim ojcem jest człowiek.
Jego policzki się zarumieniły. Myślał, że tak po prostu mnie wystraszy i zmusi do odejścia? Prawda była taka, że chciał przychodzić tu, siadając na drzewie i oglądać leśne elfki, które biorą kąpiel.
— Mam na myśli... Nie powinieneś być tu sam... Elfy nie są ufne i...
— Jestem z tobą — zauważyłem z uśmiechem. Moje słowa wprawiły go w zakłopotanie. Mimo wszystko nic nie odpowiedział. Byłem zaintrygowany. Na pewno nie zawrócę! Nie po tym, jak poznałem taką osobę...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)