Westchnąłem głośno, chowając miecz do pochwy. To była kolejna opustoszała wioska. Znów nie zastałem tu nikogo. Nie zamierzałem jednak rozpaczać. Może i wieśniacy zniknęli, ale przynajmniej zostawili cały dobytek. Mogłem się teraz obłowić. Otworzyłem drzwi jednego z domów, wchodząc do środka. Znalazłem jedzenie, co mnie usatysfakcjonowało. Nie musiałem zatem martwić się pożywieniem przez najbliższy czas.
Wędrowałem od kilku lat. Nie byłem wojownikiem, ale nie byłem również złodziejem. Po prostu musiałem coś robić, by przetrwać. Walczyłem tylko w swojej sprawie. Inni mnie nie obchodzili.
Rzuciłem się na łóżko, które stało w kącie. Było wyjątkowo wygodne! Z pewnością spała tu jakaś panienka. Pewnie nie byłaby zachwycona, gdyby dowiedziała się, że teraz ja z niego korzystam. No trudno. Podłożyłem sobie dłonie pod głowę, zamykając oczy. Byłem zmęczony długą wędrówką, dlatego postanowiłem się zdrzemnąć.
Zbudziły mnie jakieś odgłosy późnym wieczorem. Zaczęło się zmierzchać. Zdezorientowany dźwignąłem się, podchodząc do okna. Ktoś rozpalił ognisko. Słyszałem wyraźnie głosy. Wyszedłem zatem z domku, trzymając cały czas dłoń na swoim mieczu. Musiałem pozostać czujny. Ludzie, których ujrzałem nie byli rycerzami, więc odetchnąłem. Pewnie byli zwykłymi rozbójnikami, może tak samo jak ja podróżowali i napotkali opuszczoną wioskę. Nie bałem się. Mogłem bez problemu przy nich usiąść, a pewnie i tak wzięliby mnie za swojego.
Tak i zrobiłem. Po prostu usiałem przy ognisku, przyglądając się nim po kolei. Jeden z nich był obcy. Doskonale to wiedziałem. Wystarczyło na niego spojrzeć, by to stwierdzić. Siedział lekko zgarbiony, oparty o ścianę budynku. Miał pochyloną głowę, więc nie widziałem jego twarzy przez rzucany cień. Jego ubranie także się różniło. Musiał być jakimś łowcą. Doskonale potrafiłem wyczytać wszystkie informacje z innych. Taki posiadałem dar. Łowca był młody. Jego ciało nie było muskularne, co znaczyło, że nie jest wojownikiem. Przy jego boku znajdował się miecz, a po drugiej stronie noże. Kiedy odgarnął do tyłu ciemne kosmyki, mogłem przez chwilę ujrzeć rysy jego twarzy. Były ostre. Mimo odległości, mogłem bez trudu ujrzeć błękit jego oczu. Był znudzony. Być może nawet zirytowany. W ogóle się nie odzywał, po prostu patrzył w ogień. Wioska była idealnym miejscem dla złodziei i odmieńców. Nic dziwnego, że wszyscy obrali ją sobie za cel. Co prawda miałem nadzieję, że nie będę musiał z nikim się nią dzielić, ale nie miałem na to wpływu.
— Poszczęściło się nam! — usłyszałem. Odwróciłem się przez ramię, widząc jednego z mężczyzn, idącego w naszą stronę. — W wiosce nie ma żadnych mężczyzn! Pewnie wyruszyli albo zostali zabici. Za to kobiety ukrywają się pod ziemią! — oznajmił. Popchnął kogoś. Kobieta! Upadła na kolana, drżąc ze strachu. Wszystkich podnieciły te słowa. Rzucili się na nią, zaciskając palce na jej ciele. Przez chwilę krzyczała, ale potem jej głos został całkowicie zduszony w jej gardle.
Nie interesowały mnie gwałty. Nie byłem takim mężczyzną. Nie dbałem o zaspokajanie swoich seksualnych potrzeb. Ujrzałem jednak jak łowca, który siedział po drugiej stronie podnosi się. Ruszył w kierunku grupki mężczyzn, którzy znęcali się nad kobietą.
— Ustaw się w kolejce, skoro jesteś chętny.
Kąciki jego ust uniosły się, ale mimo wszystko ujrzałem żyłę, wspinającą się po jego szyi.
— Świnie — powiedział cicho. Jego ręka wystrzeliła do przodu. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że trzyma nóż. Wszyscy byli zdezorientowani, bo nic się nie stało. A przynajmniej tak się im zdawało. Sam byłem w szoku, ale kiedy się zbliżyłem, zrozumiałem co zaszło. Do moich uszu dobiegł krzyk mężczyzny. U jego stóp leżało odcięte przyrodzenie.
Mocno mnie to rozbawiło, chociaż nie powinno. To jednak wystarczyło, by wszyscy odsunęli się od kobiety i uciekli. Wyszło na to, że zostałem tylko ja. Oczywiście nie obawiałem się stratą męskości. Nie bałem się. Łowca był z pewnością utalentowany i szybki. Mimo wszystko nie należał do rosłych mężczyzn. Był ode mnie niższy i drobniejszy. Byłem pewny, że pojedynek na siłę wygram ja.
Mimo, że byłem gotowy na taką ewentualność, ujrzałem jak chowa nóż za pas, jakby doskonale wiedział, że nie stanowię zagrożenia. Wyraz jego twarzy był surowy, ale obojętny. Kopnął leżące przyrodzenie w stronę ogniska. Beznamiętnie patrzył jak płonie.
Usłyszeliśmy cichy kaszel kobiety. Leżała na ziemi, obejmując swoje ciało. Z jej nosa leciała krew. Łowca uklęknął przy niej, wsuwając dłoń pod jej głowę. Uniósł ją lekko.
— Ja... P-roszę...— wyszeptała. Dotknęła jego piersi, a wtedy kąciki jej ust uniosły się. Następnie jej głowa opadła do tyłu, a dłoń zsunęła się powoli. Usłyszałem westchnienie mężczyzny. Ułożył ją na ziemi, po czym sięgnął po nóż. Rozciął jej sukienkę.
— Co robisz? — spytałem. Myślałem, że chciał jej pomóc. On jednak nic nie odpowiedział. Ujrzałem jak nacina jej skórę. — C-co... Ona umiera — zauważyłem, klękając obok.
Uniósł wzrok, patrząc na mnie. Jego spojrzenie było lodowe. Błękit jego oczu nie mógł równać się z niczym. Gdyby ogień mógł płonąć na niebiesko, tak właśnie by wyglądał. Postanowiłem nie zadawać pytań. Łowca rozciął brzuch kobiety. Wsunął palce w ranę. Z jej gardła wydobył się zduszony jęk. Po chwili byłem świadkiem, jak wyciąga z niej płód. Dziecko... Zakrwawione i małe. Ułożył je na jej piersi, a wtedy jej dłonie uniosły się. Ujęła dziecko.
— D-dzięk... Uję... — wydyszała. Jej wargi dotknęły główki dziecka. Następnie jej powieki zamknęły się, a pierś przestała się unosić.
Łowca podniósł się, odwracając. Dźwignąłem się prędko.
— Dlaczego to zrobiłeś? Skąd wiedziałeś? — spytałem zaskoczony. Dlaczego był taki niewzruszony?! Ręce mi drżały, mimo że tylko się gapiłem, a on? Na jego twarzy nie malowało się nic prócz obojętności.
— I tak oboje by umarli. Przynajmniej mogła wziąć swoje dziecko w ramiona — powiedział cicho.
— Czy to nie zbyt okrutne? A dziecko?
— Jest za małe i słabe, by przeżyć — odparł. Zerknąłem za siebie. Dziecko żyło! Widziałem jak się rusza. Dotykało jej piersi.
— Podobno ukrywa się tu więcej kobiet... Któraś może się nim zająć — zauważyłem. Nie zareagował. Westchnąłem głośno, po czym uklęknąłem przy kobiecie, wyplątując z jej ramion dziecko. Owinąłem je w kawałek jej sukienki, po czym ruszyłem wgłąb wioski. Gdzie była tak kryjówka! Tamten mężczyzna mówił coś o podziemiach...
Ujrzałem drewnianą klapę. Ukryta była pod starym powozem bez kół. Odepchnąłem go na bok, klękając na jedno kolano. Chwyciłem ręką za metalową obręcz, ciągnąć ją do góry. Klapa uległą. Ujrzałem światło. To był znak, że ktoś się tu ukrywa. Do moich uszu dobiegły krzyki kobiet. Naprawdę tu były. Zsunąłem się po drabince w dół. Pochodnie w ścianach oświetlały dobrze całe to pomieszczenie. Zacząłem się rozglądać. W kącie siedziała młoda kobieta z zawiniątkiem na rękach. Musiała płakać od dłuższego czasu. Jej oczy były czerwone. Podszedłem bliżej, na co się skuliła. Wszystkie pozostałe kobiety były zbyt przerażone. Odchyliłem materiał okrywający zawiniątko, a wtedy moim oczom ukazała się czaszka. Najmniejsza czaszka jaką kiedykolwiek widziałem. Westchnąłem cicho, po czym wsunąłem w jej ramiona drugie zawiniątko, to które przyniosłem. Zsunęła z niego materiał sukienki drżącymi rękoma. Jej oczy otworzyły się szeroko. Przytuliła dziecko do piersi. To mi wystarczało.
Wycofałem się, wychodząc na powierzchnię.
Ciało kobiety zniknęło, tak samo jak łowca. Dziwnie się czułem. Perspektywa pozostawania dłużej w tej wiosce traciła sens. Mężczyźni mogli wrócić do niej w każdej chwili. Wolałem zatem odejść. I tak nigdy nie zagrzewałem nigdzie miejsca na długo. Wyruszyłem z samego rana, kierując się na północ. Nie znałem tych lasów i nie wiedziałem nawet jaka znajduje się w nich zwierzyna. To jednak nie mnie powstrzymywało. Doskonale władałem bronią.
Szedłem przez gęste krzaczory, plącząc się w trawie. Po chwili zatrzymałem się. Spojrzałem pod nogi, a wtedy kąciki moich ust uniosły się. Pułapka. Przeszedłem nad nią. Wolałem nie wpaść w jakiejś sidła. Ominąłem zasieki. Osoba, która je rozstawiła, musiała doskonale znać ten las. Ledwo co o tym pomyślałem, a usłyszałem dziwny dźwięk. Jęknąłem zdezorientowany, czując jak coś zaciska się na mojej nodze. Zostałem poderwany do góry, tak że zawisłem głową do dołu. Byłem zirytowany. Nigdy nie pozwalałem przeciwnikom, by mnie zaskakiwali! Jak to możliwe, że przeoczyłem kolejne sidła? Kto je zastawił? No i na co? Niedźwiedzie? A może... Ktoś polował na ludzi...
Słyszałem o ludożerczych elfach, ale to niemożliwe, by mieszkały w okolicy! Był to dziki lud, bardzo niebezpieczny. Czyżbym zapuścił się na ich tereny?
Na szczęście moje ręce były wolne. Wyciągnąłem ręce w kierunku kostki, wokół której zacisnął się sznur. Był gruby. Chwyciłem miecz, przecinając go. Upadłem ciężko na plecy, czując jak ulatuje ze mnie powietrze. Dźwignąłem się lekko oszołomiony, opierając o ostrze. Musiałem pozostać czujny. To pewnie był dopiero początek pułapek. Podejrzewałem, że im głębiej się zapuszczę, tym będą na mnie czekać niebezpieczniejsze rzeczy.
Zaczesałem do tyłu przydługie kosmyki włosów. Nie dam się ponownie zaskoczyć. Zebrałem włosy z tyłu głowy, zabierając je z oczu. Nie pozwolę jakimś dzikusom, by ze mną wygrali. Związałem je, po czym nie chowając miecza, ruszyłem przed siebie.
Minąłem kilka mniejszych zasieków, ciągle pozostając czujnym. W końcu dotarłem do wody. W środku lasu płynęły rzeka. Będzie rozsądne jeśli pójdę wzdłuż niej. Tak więc i uczyniłem. Ruszyłem wzdłuż rzeki, puki do moich uszu nie dobiegły dźwięki z oddali. Przystanąłem, nasłuchując. Głosy były... Kobiece! Wychyliłem się zza drzewa. To były elfki! Młode elfki, bawiły się w wodzie! Wdrapałem się na drzewo, by lepiej je widzieć. Ich skóra była naprawdę blada i nieskazitelna. Oparłem brodę na ręku, ukrywając się wśród gałęzi. Nie na co dzień widzi się nagie elfki. Nie zamierzałem ich skrzywdzić. Byłem samotnie podróżującym mężczyzną, który całkowicie wyrzekł się życia seksualnego. Chciałem chociaż teraz nacieszyć wzrok.
— Lepiej siedź cicho. Są bardzo płochliwe — usłyszałem. Zdezorientowany chwyciłem mocno gałęzi, prawie z niej spadając. Dopiero teraz go ujrzałem. Łowce, którego spotkałem poprzedniej nocy! Siedział na grubej gałęzi, oparty o pień drzewa. W ogóle go nie zauważyłem w pierwszej chwili. Czyżby tak jak ja, obserwował kąpiące się elfki?
— To ty — zauważyłem. — Zabijesz mnie, za to? Sam je podglądasz — dodałem lekko zirytowany. Jego usta rozciągnęły się w uśmiechu. Co prawda siedział tyłem, ale i tak byłem pewny, że podglądał! Pewnie chciał mieć ten widok tylko dla siebie.
— Ja?
— Pamiętam co zrobiłeś temu mężczyźnie — oznajmiłem. Bez skrupułów odciął mu przyrodzenie. Chciał zrobić to samo mi? Łowca spojrzał na mnie, wyraźnie rozbawiony.
— Elfy są bardzo zazdrosne — podjął. Zaczął bawić się nożem. — Jeśli spłoszysz elfki, przestraszone uciekną. Jednak chwilę potem zjawią się tu elficcy mężczyźni. Zabiją ciebie, więc ja nie będę już musiał tego robić — dodał.
— Nie zamierzam je przestraszyć, ani skrzywdzić — odparłem. — A ty? Co tu robisz?
— Czekam aż odejdą — powiedział. Jasne.
— Czy to mroczne elfy? — spytałem, zerkając ponownie na elfki.
— Nie. Są leśne. Ich wioska znajduje się po drugiej stronie rzeki. Nie są groźne. Chyba, że się wkurzą za to, że je podglądasz.
Elfki wyszły z wody. Założyły sukienki, po czym odeszły. Westchnąłem cicho, siadając wygodnie na gałęzi.
— To ty rozstawiasz sidła? — spytałem. Spojrzał na mnie, po czym się uśmiechnął. Wskazał ostrzem noża moje czoło.
— Widzę, że przetestowałeś moją pułapkę na niedźwiedzie — odparł rozbawiony. Dotknąłem czoła. Dopiero teraz wyczułem wypuklenie. Musiałem nabić sobie guza. — Nie przetrwasz sam w tych lasach — dodał.
— A ty? Nie martwisz się o siebie? Jestem silny, nie boję się.
— Mam od ciebie więcej w głowie. Twoja siła na nic się zda. Ten las to mój dom — powiedział. Zmarszczyłem brwi.
— Jesteś oszustem — westchnąłem. Byłem silny, ale i inteligentny. Doskonale wiedziałem, że te lasy są zamieszkiwane tylko przez elfy. Nie możliwe zatem było, by pochodził z jakiejś ludzkiej wioski, ponieważ żadnej tu nie było. — Jesteś włóczęga. Tak jak ja — zauważyłem. Westchnął cicho, opierając czoło o rękę. Czy on...
— Kretyn.
— Hej, nie pozwalaj sobie! — rzuciłem gniewnie. — Prawda jest taka, że jesteś zwykłym...
Zmarszczyłem brwi, patrząc jeszcze raz w stronę jego twarzy. Błękitne oczy, ostre rysy twarzy, ciemne włosy... Miał niespotykaną urodę. Nie spotkałem jeszcze tak wyglądającego mężczyzny. Jego skóra była gładka, a uszy... Czubki jego uszu były lekko wydłużone. Na pierwszy rzut oka wyglądały całkiem normalnie, ale po dłużej chwili namysłu zrozumiałem wszystko. Brak zarostu tylko to potwierdzał.
— Jesteś elfem...
Łowca uśmiechnął się.
— Pytałeś o mroczne elfy — przypomniał. Zesztywniałem. Mroczne elfy były ludożercami! Cofnąłem się, prawie spadając z gałęzi. Roześmiał się, ale tak szczerze. Chwyciłem miecz, ale nie wyciągnąłem go z pochwy. — Nie jestem elfem. Nie w pełni — oparł, opierając się wygonie o pień.
— Co to znaczy? — spytałem. Podłożył sobie ręce pod głowę.
— A jednak kretyn — westchnął, wpatrując się przed siebie. — Moja matka była mrocznym elfem, ojciec człowiekiem.
— Nie zjesz mnie...
— Obrzydlistwo — odparł. Odetchnąłem z ulgi, co go rozbawiło. — Boisz się, wielkoludzie?
— Nie... — powiedziałem. — Jestem Urijah...
— Kristain — odpowiedział. — Ludzie nie powinni przychodzić do tego lasu. Zwróć — polecił. Nie mogłem zawrócić! To nie miałoby sensu.
— A ty?
— Jestem pół elfem. Mieszkam tu — zauważył. Skrzyżowałem ramiona na piersi.
— A jednak oszust — westchnąłem. Spojrzał na mnie zdezorientowany. — Powiedziałeś, że twoim ojcem jest człowiek.
Jego policzki się zarumieniły. Myślał, że tak po prostu mnie wystraszy i zmusi do odejścia? Prawda była taka, że chciał przychodzić tu, siadając na drzewie i oglądać leśne elfki, które biorą kąpiel.
— Mam na myśli... Nie powinieneś być tu sam... Elfy nie są ufne i...
— Jestem z tobą — zauważyłem z uśmiechem. Moje słowa wprawiły go w zakłopotanie. Mimo wszystko nic nie odpowiedział. Byłem zaintrygowany. Na pewno nie zawrócę! Nie po tym, jak poznałem taką osobę...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz